Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 84051
  • Dzisiaj wizyt: 3
  • Wszystkich komentarzy: 177

Wilson

Flag Counter

wPolityce.pl

Biografia Lecha Kaczyńskiego

 

 

No to od poniedziałku się zacznie pisowskie fajdanie. 17.06. premiera biografii Lecha Kaczyńskiego. Na premierze w klubie przy Brackiej będą w roli gości specjalnych Jarosław Kaczyński i Marta Kaczyńska. Można sobie wyobrazić, jakie zniosą jaja. Nie znam książki, więc guzik mogę powiedzieć.

 

Na prawicowych portalach już rozpoczęła się celebra w związku z „prezydentem tysiąclecia”. Z portalu wPolityce.pl publikuję wywiad z jednym z autorów biografii Adamem Chmieleckim, w którym jest wszystko, z czym w następnych dniach się spotkamy.

 

Same ochy i achy.

 

wPolityce.pl: W czasie pracy nad książką dotarli Panowie do wielu nieznanych wcześniej materiałów?

Adam Chmielecki: Myślę, że napisana przez nas książka zaskoczy publiczność. Zaskoczyła zresztą nas samych, jej autorów. Tym, co uderzyło mnie osobiście, był fakt, iż biografia Lecha Kaczyńskiego okazała się de facto biografią polityczną Polski po roku 1989. Postać śp. Prezydenta przewija się we wszystkich najważniejszych wydarzeniach i punktach zwrotnych historii politycznej III RP. Drugim punktem, który być może będzie stanowił zaskoczenie dla odbiorców, jest zderzenie kreowanego przez media wizerunku Lecha Kaczyńskiego z rzeczywistością. Ta rozbieżność jest efektem funkcjonowania przemysłu pogardy, którego autorzy niszczyli wizerunek śp. Prezydenta. Najłagodniejszą formą deprecjonowania Lecha Kaczyńskiego były usilne próby przeciwstawiania go jego bratu i sugerowanie, iż prezydent był w gruncie rzeczy całkowicie podporządkowany swojemu bratu, a jego samodzielna aktywność polityczna była jedynie wynikiem realizowania wytycznych Jarosława Kaczyńskiego.

Państwa książka udowadnia, że były to fałszywe tezy?

- Droga polityczna Lecha i Jarosława Kaczyńskich – z racji zarówno ich pokrewieństwa, jak i wyznawanej wspólnoty wartości, była w dużej mierze podobna, ale w wielu jednak punktach się różniła. Dowody zostały zaprezentowane w naszej książce. Istniały obszary, w których Lech i Jarosław Kaczyńscy działali od siebie niezależnie.

Dotarli Panowie do archiwum rodzinnego śp. Prezydenta. W książce znajdziemy materiały prezentujące pierwsze lata życia Lecha Kaczyńskiego?

- Tak, dużym atutem naszej książki jest jej szeroka baza źródłowa. Dzięki temu, że autorów było czterech, mogliśmy rozdzielić pracę miedzy siebie i zebrać naprawdę bogaty materiał. Przeprowadziliśmy kwerendę w archiwach Uniwersytetu Gdańskiego, Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, dotarliśmy także do archiwum Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”.Przypomnijmy, że rola śp. Pana Prezydenta w „Solidarności” bardzo często bywała podważana. Nasza książka udowadnia, że tego rodzaju zarzuty są zupełnie bezpodstawne i noszą znamiona stosowania zwyczajnej propagandy, niemającej nic wspólnego z prezentacją ustaleń opartych na materiałach źródłowych. Dużą część zgromadzonego przez nas materiału stanowią źródła prywatne – tu należą się ogromne podziękowania panu premierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu i pani Marcie Kaczyńskiej. Otrzymaliśmy od nich bardzo dużą pomoc. Wielką wdzięczność jesteśmy także winni – niestety już pośmiertnie – śp. pani Marii Kaczyńskiej. Była ona bardzo świadomą osobą i na bieżąco archiwizowała działalność polityczną i społeczną męża. Zbierała wycinki prasowe, nagrywała na wideo występy pana Prezydenta w telewizji. Dzięki uprzejmości pana Jarosława Kaczyńskiego mogliśmy z tych materiałów skorzystać, co oczywiście bardzo ułatwiło nam pracę.

Jaki obraz śp. Prezydenta wyłania się z Państwa książki?

Mówiąc najkrócej: Lech Kaczyński był pragmatykiem wiernym wartościom.Tylko pozornie jest to sprzeczność. W polityce można na ogół zaobserwować dwie skrajne postawy – pierwszą grupę stanowią osoby skrajnie nasycone ideologią –tacy ludzie mogą jedynie służyć jako wyznacznik wartości, emanacja pewnej postawy, nigdy jednak nie mają szansy na realne sprawowanie władzy. Na drugim biegunie znajdują się cynicy oraz ci, którzy nawet jeśli mają jakiekolwiek poglądy, dopasowują je do zmieniających się okoliczności – po to, aby za wszelką cenę utrzymać się przy władzy. Lech Kaczyński natomiast miał swoje zasady, nigdy się ich nie wyrzekł i ich nie zdradził, natomiast pewien pragmatyzm i umiejętność realizowania strategii politycznej umożliwiał mu działanie i wcielanie w życie swoich ideałów. Ta umiejętność stanowi wyznacznik jego wielkości. Jest to cecha charakteryzująca wybitnych polityków.

Najkrótsze podsumowanie kanonu wyznawanych przez Prezydenta wartości?

- Był to kanon wartości „Solidarności”.

Jakim człowiekiem był Prezydent w życiu prywatnym?

- Także w życiu prywatnym był człowiekiem „Solidarności”. Lech Kaczyński był człowiekiem bardzo spójnym wewnętrznie. Ideałom, które wyznawał w życiu publicznym, był wierny także w życiu osobistym. Najlepszym tego przykład stanowi stosunek śp. Prezydenta do Małżonki – było to bardzo kochające, ciepło odnoszące się do siebie, dobrze rozumiejące się małżeństwo. Z dokumentów i relacji, do których dotarliśmy wynika, że Lech Kaczyński był także bardzo dobrym i wyrozumiałym pracodawcą. Mówią o tym zarówno relacje jego podwładnych z okresu sprawowania przez Lecha Kaczyńskiego funkcji wiceprzewodniczącego Komisji Krajowej „Solidarności”, a także z czasu, kiedy był on prezesem NIK. Śp. Prezydent był szefem bardzo wymagającym, ale także wyrozumiałym, dbającym – jako człowiek „Solidarności” – o godność człowieka i o dobrą atmosferę w pracy. Świadczą o tym bardzo liczne zebrane przez nas relacje podwładnych pana Prezydenta. Zamieściliśmy je w naszej książce.

Rozmawiali Panowie także w politycznymi przeciwnikami Lecha Kaczyńskiego?

- Tak, prosiliśmy o wypowiedzi także osoby, które obecnie nie należą do obozu politycznego identyfikującego się z dziedzictwem śp. Prezydenta. Nie napisaliśmy hagiografii, ale prawdziwą biografię. Obraz Prezydenta jest jednak spójny, niezależnie od tego, w którym obozie politycznym znajdowali się nasi rozmówcy. Także ci, którzy nie mają obecnie żadnego interesu politycznego w kształtowaniu pozytywnego wizerunku śp. Prezydenta, podkreślali jego skuteczność, uczciwość i prawość. To najlepiej świadczy o jego wielkości. Lech Kaczyński był wybitnym politykiem i po prostu dobrym człowiekiem.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Agnieszka Żurek

 

Fragmenty biografii publikuje także portal wPolityce.pl:

 

„Lech Kaczyński – biografia polityczna”, jej autorami są Sławomir Cenckiewicz (ur. 1971 r.) — historyk i publicysta, Adam Chmielecki (ur. 1981 r.) — politolog, dziennikarz i publicysta, Janusz Kowalski (ur. 1978 r.) — prawnik, publicysta oraz Anna Karolina Piekarska (ur. 1977 r.) — historyk, pracownik Instytutu Pamięci Narodowej.

 

Lecha Kaczyńskiego droga do NATO

 

Bronisław Komorowski, Janusz Onyszkiewicz, Krzysztof Skubiszewski, Mieczysław Wachowski, Lech Wałęsa – większość najważniejszych polityków z początku lat 90. strategiczne analizy Lecha Kaczyńskiego o integracji Polski z NATO uznawały za „antyrosyjskie prowokacje” i „bajania”.

Jako minister stanu Lech Kaczyński poznawał kulisy polityki międzynarodowej, odbył pierwsze spotkania polityczne na poziomie państwowym, spotykał się z dyplomatami i wojskowymi innych państw. Była to dla niego okazja do wewnątrzkrajowego lobbowania za pronatowską opcją:

Starałem się propagować ideę przystąpienia Polski do NATO. Jeździłem po dowództwach okręgów i próbowałem przekonywać do tego oficerów. Gdzieniegdzie spotykało się to z bardzo silnym oporem, bo były konkurujące koncepcje, np. koncepcja zbrojnej neutralności. Nie miałem, niestety, sojusznika w ówczesnym ministrze spraw zagranicznych. Rozmawiałem też o wejściu do NATO z Amerykanami, w szczególności z cywilnego wywiadu.

Podobnie wskazywał w innym miejscu:

Potrzebna była nowa doktryna obronna, stara zakładała udział w Układzie Warszawskim, i jasne powiedzenie, że zmierzamy do NATO. Potrzebne były zmiany organizacyjne, kadrowe i mentalne.

Wspomniany przez Kaczyńskiego minister spraw zagranicznych to Krzysztof Skubiszewski, w przeszłości związany współpracą z SB. Nie potrafi ł on przedstawić jasnej deklaracji Polski o zainteresowaniu członkostwem w NATO „ze względu na równowagę w regionie, w którym jesteśmy”. W myśl tej szkodliwej idei opowiadał się za oparciem bezpieczeństwa państwa na systemie Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, a w grudniu 1990 r. oświadczył, że „żadne członkostwo Polski w NATO nie wchodzi w rachubę”.

W podobnym tonie Skubiszewski wypowiadał się kilka tygodni później podczas przemówienia wygłoszonego w prestiżowym Królewskim Instytucie Spraw Międzynarodowych w Londynie. Z racji miejsca i audytorium to wystąpienie ówczesnego ministra spraw zagranicznych III RP można uznać niemalże za „programowe”. Skubiszewski oświadczył w Londynie m.in., że „nie należy czynić niczego, co mogłoby wywołać poczucie zagrożenia lub podejrzenia ze strony Związku Radzieckiego. Jest to delikatna sprawa”. Dodał, że „KBWE, NATO i nowe porozumienia o współpracy w Europie Środkowowschodniej, łącznie z ZSRR, winny razem dążyć do denacjonalizacji bezpieczeństwa i czynić zeń wspólną sprawę”.

Z relacji Lecha Kaczyńskiego o jego staraniach na rzecz upowszechnienia proatlantyckiego stanowiska na polskiej scenie politycznej wyłania się obraz polityka będącego niewątpliwie w zdecydowanej mniejszości:

Ale wtedy to było wołanie na puszczy. Pamiętam z tego czasu dwie charakterystyczne rozmowy. [...] Pierwszą z Bronisławem Komorowskim, który opowiadał mi bajki o biedzie dowódców okręgów, którzy mają powycierane ze starości kołnierzyki mundurów [...]. Szybko zorientowałem się, że to bzdura. A Janusz Onyszkiewicz z charakterystyczną pewnością siebie wyśmiewał mnie za bajania o NATO. Twierdził, że to w ogóle niemożliwe [...]. [Proponował] równy dystans wobec Wschodu i Zachodu. Patrzyłem na niego przerażony. [...] Dwa miesiące później po spotkaniu z Onyszkiewiczem rozmawiałem na ten sam temat z Geremkiem i profesor w sposób dużo bardziej dyplomatyczny też jednak uważał mój i Jarka postulat za nierealny. W kręgach wojskowych było podobnie: Kiedy mówiłem o tym na spotkaniach z kadrą dowódczą, odpowiedzią było milczenie. Dla tych ludzi był to olbrzymi szok. To jeszcze kilka miesięcy wcześniej była armia Układu Warszawskiego. To był ogrom pracy.

Proatlantycka postawa ministra stanu ds. bezpieczeństwa narodowego stała się szybko jedną z najważniejszych przyczyn konfliktu z prezydentem. Lech Wałęsa nie był przekonany do potrzeby integracji Polski ze strukturami politycznymi i wojskowymi Zachodu. Wspominał w tym czasie o możliwości zachowania trwałej neutralności lub snuł publicznie wizje niejasnych rozwiązań strategicznych w rodzaju NATO-bis i EWG-bis. Wynikało to z kilku przyczyn, a fakt, iż idea obecności Polski w NATO nie była zbyt popularna wśród okrągłostołowych elit politycznych, wydaje się jedną z kluczowych. Ale w przypadku Wałęsy chodziło zapewne również o strach przed ujawnieniem kompromitującej przeszłości (sprawy TW ps. „Bolek”) oraz związek, a nawet pewien rodzaj lojalności z ludźmi dawnego reżimu, dla których sojusz ze Stanami Zjednoczonymi był ze względów biograficznych i ideowych zwyczajnie nie do zaakceptowania. Łącznikiem pomiędzy prezydentem a tymi środowiskami był Wachowski, którego rola i powiązania do dzisiaj nie zostały do końca wyjaśnione ani tym bardziej opisane.

Konflikt z prezydentem Wałęsą i jego najbliższym zapleczem (Andrzej Drzycimski, Mieczysław Wachowski, ks. Franciszek Cybula) narastał od maja 1991 r. Ponadto Lech i Jarosław Kaczyńscy podejrzewali, że to Wachowski był jednym z inspiratorów niezdecydowanej postawy prezydenta Wałęsy w sprawie polskich aspiracji do NATO. Przykładowo to właśnie Wachowski miał odpowiadać za usunięcie w sierpniu 1991 r. z prezydenckiego wystąpienia fragmentu o członkostwie Polski w NATO i potrzebie przyspieszenia procesu wycofywania wojsk sowieckich znad Wisły podczas wizyty Wałęsy w brukselskiej siedzibie Sojuszu Północnoatlantyckiego:

Na początku były dwa warianty przemówienia — A i B. Jeden powstawał w MSZ, drugi wzbogacony był we fragmenty wprowadzone przez Kancelarię Prezydenta. Odbyłem z min. Skubiszewskim dwa spotkania, w toku których ustaliliśmy ostateczną kompromisową wersję, którą otrzymał Wałęsa i którą MSZ przekazało za NATO — wspominał Lech Kaczyński. — Już w Brukseli dowiedziałem się, że w polskiej delegacji panuje zamieszanie, bo jest wersja A i B. Tłumaczyłem, że jest tylko jedna, uzgodniona z MSZ [...]. W rezydencji oficjalnych gości rządu belgijskiego Wachowski przeczytał wersję A i powiedział: „Nie będzie takiej antyrosyjskiej prowokacji”. [...] Wałęsa wygłosił przemówienie — okazało się, że skrócone.

Konflikt z Wałęsą i jego otoczeniem, któremu wyraźnie przewodził Wachowski, sprawił, że Lech Kaczyński (i całe BBN) był coraz częściej marginalizowany: Praca w Kancelarii Prezydenta okazała się dla Lecha Kaczyńskiego czasem ostatecznej „utraty politycznych złudzeń” co do Wałęsy.

Co z tym Śląskiem?

Na prawicowym portalu wPolityce.pl pilnują Polski, często używanym hasłem w materiałach o regionach jest: „Pilnuj Polski”. Ki, diabeł jacyś policjanci?

 

Przewrażliwienie nacjonalistyczne skupione jest na wrogości wobec obcego i walce przeciw różnorodności, przeciw barwności, bogactwu, jaką w Polsce spotykamy. Częstym tematem jest Śląsk, który dla prawicy powinien być taką samą Polską, jak Warszawa. Głównym dla nich wrogiem – jak dla PiS i J. Kaczyńskiego – jest RAŚ i Niemcy, którzy jakoby „knują, aby Śląsk oderwać od Polski”. Kiedyś prezes PiS zasłynął stwierdzeniem, że Ślązakom bliżej do Niemiec, niż do Polski. Ten gamoń polskiej polityki często przewraca się przy trudniejszych tematach.

 

Materiał, do którego się odnoszę, dotyczy konferencji w Siemianowicach, miała miejsce 13 kwietnia. Debatowano o kodyfikacji języka śląskiego i historii tego wspaniałego regionu.

 

Zauważmy, na portalu prawicowym przyznano, iż istnieje język śląski, a z tym mieli problem. Język śląski jest jedną z odnóg słowiańszczyzny. Powstawał w długotrwałym procesie historycznym. Zaś Śląsk pod względem narodowym zawsze był słowiański, choć inne nacje napływały na jego teren, głównie niemiecka.

 

Śląsk jest wsobny i zawsze ciążył ku Polsce, to immanentna geograficznie część składowa Polski. Na konferencji w Siemianowicach byli szef RAŚ Jerzy Gorzelik, jak i prawicowi publicyści Piotr Semka i ks. Jerzy Klichta, autor „Dzieje Śląska pod strzechy”.

 

Na portalu prawicowym – jakże inaczej – zwracają uwagę na własne wartości, a one z punktu widzenia centrali wyglądają: Polak ma być jak spod sztancy, wszędzie czystej krwi polskiej i godzić się na dyktat stolicy, bo to ona rozporządza mądrością narodową.

 

Poniższe dwa zdania są charakterystyczne dla myślenia endeckiego: Ks. Klichta zwracał uwagę na to, że najważniejsze jest dbanie o dobro wspólne, a wszelki relatywizm niebezpieczny. Uważa, iż zgoda na Śląsku będzie, jeśli nie będą mącić media a one są w rękach niemieckich.

 

Prawica zawsze będzie widziała rzeczywistość, której ktoś zagraża. Jak nie Rusek, to Niemiec. Bez wroga nie może żyć, gdyż w tym imieniu może swoich chwycić za twarz i wymusić dyktat nacjonalistycznych, ksenofobicznych wartości.

 

Śląsk jest bogactwem Polski i nie powinno się go upodobniać do innych regionów, zwłaszcza centrali, która chciałaby zarządzać.

 

Cały zapis konferencji.

B XVI dał dyla, bo przegrał z watykańskimi koteriami, w tym pedofilską

Kocham tych mentalnych grzmotów z portalu wPolityce.pl. Każde g… perfumują i myślą, że nie śmierdzi. A jedzie na kilometry.

 

Benedykt XVI złożył urząd, abdykował, bo w Watykanie nie dawał sobie rady z wszelkimi koteriami, włącznie z pedofilską. Wypowiedział jej wojnę, ale padł jak betka, bo dla kleru liczy się chcica, a nie jakieś tam dyrdymały o wierze i Bogu.

 

Krzysztof Szczerski, prawa ręka Kaczyńskiego w sprawach polityki zagranicznej, smaruje wielką odkrywczą myśl, że B XVI „podjął decyzję dla dobra Kościoła”.

 

Tak jest! Aby na przykład w takiej Polsce „miejscowy papież” o. Rydzyk z przydupasem Kaczyńskim mogli swoje owieczki wieść na manowce.

 

Ratzinger przegrał z watykańskimi koteriami, z polską też. Dał dyla, bo już ze względu na wiek nie wyrabiał. A ci zacierają ręce. Kolejne g… polewają perfumami, kadzą.

wPolityce: matka Madzi z Sosnowca

 

Na lebiegów Karnowskich można zawsze liczyć. Dziady tak mają. Czegokolwiek się nie dotkną. Zamieniają w wielkie gie. Polska dla takich dziadów, jak Karnowscy, jest jednym gie.

 

Oto na dziadowskim portalu wPolityce na jedynce materiał, którego sam tytuł dyskwalifikuje autora i wzmiankowanych dziadów, jako Polaków: „Polskie społeczeństwo i polski rząd będą jak ślepy i kulawy”.

 

Takie życzenia mają dla Polaków i Polski ekonomista SKOK Janusz Szewczak i bliźniacy mniejsi K. Życzenia zanieczyszczających przestrzeń publiczną zawsze są takie same.

 

Patronem politycznym powyższych ludzi najgorszego sortu jest Jarosław Kaczyński, który na sumieniu ma śmierć brata. To taka polityczna matka Madzi z Sosnowca.

 

W Nowy Rok ci ludzie powinni dostać takiego siarczystego kopa, aby wypadli z kraju i orbitowali w Kosmosie Sowietów. Tam miejsce wszelkich dziadów.

Pieski Kaczyńskiego w walce o kość

 

 

Prawica ma już żurnalistycznego męczennika, a jest nim Cezary Gmyz, który po artykule w „Rzeczpospolitej” o trotylu w tupolewie powinien zaznać „przyjemności” bezdomnego psa. Bruk.

 

Szczekać potrafi, ale jak to piesek – honoru ma na lekarstwo.

 

Za taki materiał dziennikarski odpowiada się głową. I samemu składa wypowiedzenie.

 

Daremne jednak nasze oczekiwania. Grzegorz Hajdarowicz powinien ratować tytuł, właściciel „Rzepy”, niegdyś poważnego dziennika, z redakcji winien się pozbyć wszystkich czworonogów Kaczyńskiego, zwłaszcza tak szczekającego Gmyza.

 

Tymczasem inne prawicowe pieski przystąpiły do akcji wspierania Gmyza i wspólnie ujadają.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak to jednak pieski, stworzyli dwie sfory. Jedna na portalu niezależna.pl. Druga sfora na: wPolityce.pl. I pożarli się między sobą. Kością niezgody jest, kto pierwszy, czyli wierniejszy panu – prezesowi PiS Kaczyńskiemu.

 

Walczą o gnat uznania u prezesa, tylko słychać jedno wielkie: Hau-hau-hau.