Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 84046
  • Dzisiaj wizyt: 3
  • Wszystkich komentarzy: 177

Wilson

Flag Counter

trotyl

Warzecha, kierownik jeziora

 

 

Łukasz Warzecha awansował. Był kierownikiem bajora, jest kierownikiem jeziora. Rozpacz człowieka ogarnia, gdy podobnego publicystę słucha, gdy plecie bzdury, jak Zabłocki na mękach.

 

Tymi mękami dla prawicy jest Cezary Gmyz, który skądsiś posiadł wiedzę od informatorów o trotylu na tupolewie. Warzecha mówił w TOK FM, iż fakty podane przez Gmyza nie są nacechowane politycznie.

 

Większą bzdurę trudno powiedzieć. Ripostował Roman Kurkiewicz: – Uznanie Gmyza za niezaangażowanego politycznie byłoby naiwnością.

 

Więc Warzecha na to, aby mu Kurkiewicz pozwolił dokończyć swą nijaką myśl. Na to Kurkiewicz: – Co ty jesteś jakiś kierownik jeziora, aby mi pozwalać?

 

Tak Warzecha awansował. Bajoro PiS zamieniło się w jezioro. To nie bajer, to błoto PiS.

„Rzeczpospolita” się oczyszcza

 

Z „Rzeczpospolitej” za jeden tekst, który dał Jarosławowi Kaczyńskiemu powód do stwierdzenia: „zbrodnia niesłychana, zamordowanych zostało 96 osób”, wyleciały 4 osoby i to najważniejsze w strukturze redakcji.

 

To zdaje się pierwszy taki przypadek w polskim dziennikarstwie, ale też po raz pierwszy gazeta tak mogła wpłynąć na kształt polityki. Wszystko było już na czubku noża, gdyby prokurator wojskowy płk Ireneusz Szeląg nie był zdecydowany w stwierdzeniu, że nie było żadnego trotylu, to Kaczyński był gotowy do przejęcia władzy.

 

O tym tekście „Trotyl na wraku tupolewa” będą się uczyli adepci dziennikarstwa, jak niebezpieczna w sensie posady jest praca w mediach.

 

Znane już jest stanowisko wydawcy i właściciela „Rz” Grzegorza Hajdarowicza, który nie pozostawił suchej nitki na Cezarym Gmyzie, Tomaszu Wróblewskim i dwóch innych, którzy znaleźli się na zielonej trawce.

 

Hajdarowicz w oświadczeniu napisał: „Ten tekst w ogóle nie był udokumentowany”. Jeszcze Gmyz próbował zachować twarz, bo po godz. 21-szej na Twitterze napisał, że „wydawca mija się z prawdą”.

 

Jeszcze raz na stronach „Rzeczpospolitej” ukazało się oświadczenie odnoszące się do Gmyza: „Tekst uznajemy za nierzetelny”.

 

Gmyz miał kilka dni na przedstawienie swoich dowodów, ale Gmyz twierdził, że „informatorzy odmówili złożenia dokumentów”. A największym nadużyciem był sam tytuł artykułu. Zastanawiać się można, dlaczego Gmyz tak długo był trzymany w redakcji „Rz”, wszak był znany z publikacji w IV RP, które gloryfikowały Kaczyńskiego.

 

Nie zginie ani Gmyz, ani pozostali, zaopiekuje się nimi ojczulek prezes i jego organ „Gazeta Polska Codziennie”.

Przemoknięty trotyl smoleński

 

 

Oby katastrofa smoleńska nie okazała się katastrofą Polski. Usilnie nad tym pracuje partia Jarosława Kaczyńskiego i nic nie zapowiada, aby zaprzestała.

 

Prezesowi drżą ręce do władzy, chciałby je położyć na sterze. Dobrze sobie radzący statek uczynić łajbą i osiąść na mieliźnie nacjonalizmu.

 

Na razie to mu się nie udaje. Nikt jednak nie wykazuje, jak on i jego partyjni majtkowie takiej determinacji. Pięć dni po blamażu „Rzeczpospolitej” z trotylem we wraku tupolewa i kompromitującym zachowaniu Kaczyńskiego, PiS nieco się otrząsnął i serwują: a jednak.

 

A jednak mają coś. Pisze o tym „Newsweek”. Politycy PiS mają nagranie, na którym podobno osoba zaangażowana w śledztwo smoleńskie twierdzi, że w tupolewie znaleziono ślady trotylu.

 

Marek Suski potwierdził tego newsa, ale nie chce ujawnić kto to, gdyż on i jego partyjni koledzy boją się o jego życie. Czy to jest kolejne: coś wiemy, ale nie powiemy?

 

Sprawa jest zbyt poważna. A może to gra pod własny elektorat, aby utrzymać go w dyscyplinie, by nie rozpierzchł się po wtorkowym blamażu prezesa. Trotyl smoleński ma ciągle podpalony lont. Ale nie może dotrzeć do detonatora, jest przemoknięty. Niewiarygodny.