Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 84389
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 178

Wilson

Flag Counter

Rzeczpospolita

Komorowski – szef wszystkich Polaków

Bronisław Komorowski tym się różni od poprzednika, że jest prezydentem wszystkich Polaków, a nie jak tamten – pisowski (niech mu krypa na Wawelu lekka będzie). Komorowski nie chce, aby w kraju dominował sposób obchodzenia świąt jako zaduszek narodowych, celebrowanych klęsk.

 

Prezydent udzielił wywiadu „Rzeczpospolitej” (która powinna być poważną gazetą, a nie prawicowym szmatławcem), oto kilka wyjątków z rozmowy z głową państwa:

 

Powinniśmy więc pokazać sobie i światu, że stamtąd czerpiemy źródło optymizmu w patrzeniu na Polskę, Europę i na świat dzisiaj. Chciałbym bardzo, by 4 czerwca był obchodzony w sposób niekonwencjonalny, właśnie niezaduszkowy. Bo zwycięstwo wyborcze nad komunistami przy niepełnej demokracji to zwycięstwo podwójnie radosne.

 

Strategicznie ważne dla Polski jest to, by Ukraina stowarzyszyła się z UE. Intensywnie o to zabiegamy i to zarówno w kontaktach z ukraińskimi władzami i opozycją, jak i z naszymi partnerami w UE. Warunkiem sukcesu jest jednak wypełnienie przez Ukrainę zobowiązań o uruchomieniu paru istotnych reform wewnętrznych, m.in. wymiaru sprawiedliwości.

 

Ostra, brutalna walka polityczna zabiera Polakom satysfakcję z osiągnięć wolnej Polski. Warto się nad tym zjawiskiem zastanowić. Także w mediach, bo wydawałoby się, że satysfakcja obywateli powinna się w dużej mierze sumować, a nie sumuje.

 

Tak trzymać, szefie wszystkich Polaków

Ziemkiewicz z podkulonym ogonem

 

Antysalonowiec Rafał Ziemkiewicz najlepiej czuje się na salonach, wrócił niepyszny na salon „Rzeczpospolitej”. Never (nigdy) znaczy u takiego publicystycznego grzmota always (zawsze) – to ostatnie nie mylić z przepaskami, acz u grzmotów nic nie wiadomo, bo kłamią, jak najęci.

 

Dwa miesiące temu po zamieszaniu z artykułem o trotylu na wraku tupolewa w „Rzeczpospolitej” tak grzmot publicystyczny, antysalonowiec Ziemkiewicz pisał w tekście o jednoznacznym tytule „Nigdy z Hajdarowiczem” na Salon24:

 

Nigdy z Hajdarowiczem… …nie będę w aliansach. Powiedziałem to chyba wystarczająco wyraźnie, ale skoro do niektórych nie dotarło, to powtarzam. Facet jest albo zwyczajnym słupem Tuska, a w takim razie zadawanie się z nim nie ma sensu, albo kompletnym idiotą, co wiedzie do wniosku tego samego (więcej).

 

Minęły dwa miesiące, a do „Rzeczpospolitej” wrócili z podkulonymi ogonami ci, którzy „nie będą wchodzić a alianse z Hajdarowiczem” Ziemkiewicz, Semka, Mazurek, Warzecha.

 

Bo w „Rzepie” jest koryto, więcej na papu daje Hajdarowicz. Trzeba jednak wytłumaczyć się prawicowemu czytelnikowi (czerni). I pokrętnie Ziemkiewicz się tłumaczy:

 

A tu się okazuje, że nawet po pacyfikacji nie udało się znaleźć dla „Rzeczpospolitej” innego naczelnego i innego zespołu, niż taki, który jeśli chce napisać na przykład o ruchu narodowym, to zamówią tekst nie u nich, a u kogoś, kto ma nazwisko i własny pogląd na sprawę. Okazuje się, że bez Semki, Mazurka, Warzechy czy Ziemkiewicza wciąż ani rusz (więcej).

 

Czytelnicy jednak nie rozumieją i na Ziemkiewicza pomstują, wypominają (jak niejaki Maciej):

 

Wyborcza plotkuje czy to Pan zdecydował się napisać do „Rzepy”, co jest faktem niepodważalnym? Po słowach zamieszczonych na salonie24, nie potrafi Pan już spojrzeć czytelnikom w oczy, co? Można zmienić zdanie i powiedzieć, że tam wciąż zostali przyjaciele (ewentualnie ludzie, do których ma Pan zaufanie), ale prawda jest taka, że teraz ta Wasza ogłaszana jako nie bójmy się tego słowa – produkt – niepokorność odbije się Wam czkawką. Bo Pan Bóg, jak się ktoś przechwala dopuszcza takie sytuacje, w których może się sprawdzić. No i żeś się Pan „sprawdził”, a miast się pokajać, piszesz Pan farmazony. Najbardziej w tym wszystkim szkoda mi panów Gmyza i Wildsteina, dlatego wciąż kibicuję „Do Rzeczy”. W końcu „w Sieci” też ma takiego wesołka co robił swego czasu z siebie ofiarę cenzury – Warzechę, i miałby to być wystarczający powód by nie kupować? Nie sądzę (więcej).

 

Wrócili z podkulonymi ogonami. Ale dalej będą rżnąć głupów-niepokornych. Taki prawicowy sznyt.

Wściekłość IV RP

Z ogromną wściekłością został zaatakowany sędzia Igor Tuleya przez „patriotyczne” media. „Gazeta Polska Codziennie” (organ PiS) wali  odważnego sędziego kombatantami staruszkami z AK, którzy niewiele rozumieją z dzisiejszej polityki, ale są używani do rozgrywek. Kombatanci złożą zawiadomienie na sędziego o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Tuleya skojarzył metody CBA ze stalinowskimi, pogrobowcy IV RP dostali patriotycznej sraczki i robią po nogawkach na brunatno.

 

W „Rzeczpospolitej” z kolei Piotr Skwieciński (gdy mówi, pluje sobie na brodę) pisze: ”Skazany w piątek za korupcję doktor G. kilka lat temu, gdy zaczynała się sprawa sygnowana dziś jego nazwiskiem, był przez większość mediów nie tylko z góry uniewinniany, ale wręcz windowany na piedestał”.

 

 

Z IV RP rozprawia się w „Wyborczej” Dominika Wielowieyska. IV RP to nie tylko służby, ale też usłużne media.

 

„Fakt”, Dziennik”, „Wprost”, „Rzeczpospolita” Pawła Lisickiego i TVP (pod prezesem Bronisławem Wildsteinem) kardiochirurga Mirosława G. nazywały „Doktorem Śmierć”.

 

Wielowieyska konkluduje: „Dziś Mirosław G. został nieprawomocnie skazany za korupcję, ale nie udowodniono, że od pieniędzy uzależniał wykonanie operacji. Z zarzutu zabójstwa prokuratura wycofała się bardzo szybko. Nie chodzi o to, by bronić Mirosława G. Sąd uznał, że jest winny korupcji; brania pieniędzy od pacjentów nie da się usprawiedliwić. Ale też zastanawiam się, jak czują się dziś autorzy niektórych artykułów. Spora część mediów stanowiła wtedy integralny element machiny propagandowej IV RP. Władza podrzucała kandydatów na przestępców, a media obrabiały tych osobników zgodnie z jej oczekiwaniami. Dzięki temu mogły liczyć na coraz tłustsze kąski i interes się kręcił. Czy ktoś pamiętał o prostej zasadzie: człowiek podejrzany, póki sąd go nie skaże, jest wciąż niewinny? A gdzie tam.

Niech więc nikt się nie dziwi, że tabloidy i niektóre media dziś przypuściły frontalny atak na sędziego Igora Tuleyę. Trzeba jakoś bronić tej propagandy, którą uprawiało się sześć lat temu”.

 

„Rzeczpospolita” się oczyszcza

 

Z „Rzeczpospolitej” za jeden tekst, który dał Jarosławowi Kaczyńskiemu powód do stwierdzenia: „zbrodnia niesłychana, zamordowanych zostało 96 osób”, wyleciały 4 osoby i to najważniejsze w strukturze redakcji.

 

To zdaje się pierwszy taki przypadek w polskim dziennikarstwie, ale też po raz pierwszy gazeta tak mogła wpłynąć na kształt polityki. Wszystko było już na czubku noża, gdyby prokurator wojskowy płk Ireneusz Szeląg nie był zdecydowany w stwierdzeniu, że nie było żadnego trotylu, to Kaczyński był gotowy do przejęcia władzy.

 

O tym tekście „Trotyl na wraku tupolewa” będą się uczyli adepci dziennikarstwa, jak niebezpieczna w sensie posady jest praca w mediach.

 

Znane już jest stanowisko wydawcy i właściciela „Rz” Grzegorza Hajdarowicza, który nie pozostawił suchej nitki na Cezarym Gmyzie, Tomaszu Wróblewskim i dwóch innych, którzy znaleźli się na zielonej trawce.

 

Hajdarowicz w oświadczeniu napisał: „Ten tekst w ogóle nie był udokumentowany”. Jeszcze Gmyz próbował zachować twarz, bo po godz. 21-szej na Twitterze napisał, że „wydawca mija się z prawdą”.

 

Jeszcze raz na stronach „Rzeczpospolitej” ukazało się oświadczenie odnoszące się do Gmyza: „Tekst uznajemy za nierzetelny”.

 

Gmyz miał kilka dni na przedstawienie swoich dowodów, ale Gmyz twierdził, że „informatorzy odmówili złożenia dokumentów”. A największym nadużyciem był sam tytuł artykułu. Zastanawiać się można, dlaczego Gmyz tak długo był trzymany w redakcji „Rz”, wszak był znany z publikacji w IV RP, które gloryfikowały Kaczyńskiego.

 

Nie zginie ani Gmyz, ani pozostali, zaopiekuje się nimi ojczulek prezes i jego organ „Gazeta Polska Codziennie”.