Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 84389
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 178

Wilson

Flag Counter

Lech Kaczyński

Młot Macierewicz dostał młotem, a co z młotkowymi Kaczyńskimi?

Antoni Macierewicz powszechnie znany, jako młot na czarownice związane z SB (Malleus Maleficarum de SB), dostał malleusem (młotem) w łeb i zaczął swoje majaki medialne.

Młotem przyfasolił mu najbardziej wartościowy młot profesorski Chris Cieszewski, który to wsławił się indiańskim okrzykiem (University of Georgia) „fiu bździu” i workiem słomy na polu Bodina pod Smoleńskiem, który ten młot uznał za powaloną brzozę 5 dni przed katastrofą.

Młot Macierewicz biografię młócki Malleus Maleficarum de SB ma bogatą i jest prekursorem w tym dziele . Zaczął w 1992 r., przekazując Sejmowi „listę agentów”, czyli rejestry SB z nazwiskami posłów i senatorów, z prezydentem Lechem Wałęsą na czele. Większość okazała się niewinna.

Przypomina te biografię Macierewicza Wojciech Czuchnowski w „Wyborczej”. Za czasów IV RP Młot likwidował WSI, co zakończyło się publikacją raportu. Najdroższą publikacją w historii świata, bo raport z danymi współpracowników WSI, którzy odwołali się do sądów kosztuje budżet państwa do tej pory 1,3 mln zł. A kolejne procesy trwają. Będzie jeszcze drożej.

Młot Macierewicz ma jeszcze pomniejsze „sukcesy” swego młociarstwa: drukował „listę 500″ oraz „listę Nizieńskiego”.

Czort z tym młotem walniętym przez profesorskiego młota, ale co z młotkowymi. Nieżyjącym młotkiem Lechem Kaczyńskim, który de facto odpowiada, iż raport o rozwiązaniu WSI ujrzał światło dzienne. Trudno dobrać się do „poległego” prezydenta na tamtym świecie. W „nagrodę” można byłoby wywalić go z Wawelu.

Żyje za to młotek prezes PiS Jarosław Kaczyński, który wszak tego młota Macierewicza ciągle podpuszcza do czynów młociarskich, prezes nawet zrobił go wiceprezesem. Młotek nieustannie młotkuje politykę polską.

Czyżbyśmy się godzili na Młotów i Młotki, aby wszystko nam schrzanili? Dewastują nam Polską – młociarstwo made in PiS.

Lech Kaczyński w Gruzji – na marginesie biografii, zapisek z 26 listopada 2008 roku

 

Ten wpis trafiłem na porzuconym blogu, znaleźć go można pod linkiem 
http://martinim.blog.onet.pl/2008/11/26/znowu-gruzja-i-pan-prezydent/
. Tytuł wpisu „Znowu Gruzja i Pan Prezydent”.

 

Najważniejsze to, że notka blogowa nosi datę: 26 listopada 2008 roku, a więc do katastrofy smoleńskiej zostało jeszcze 1,5 roku. Lech Kaczyński żyje i prowokuje katastrofę. Zdarzyła się 10.04.2010 roku. Jej nieszczęście zdołowało polską politykę, wykreowało takie pokraczne postaci, jak Antoni Macierewicz i prezes Jarosław Kaczyński – ten ostatni, gdyby nie Smoleńsk, nie byłby już obecny w polityce.

 

Kopiuję ten wpis, bo warto i akurat wychodzi biografia prezydenta-ofermy – co ja piszę biografia, hagiografia - „Lech Kaczyński – biografia polityczna”, jej autorami są Sławomir Cenckiewicz (ur. 1971 r.) — historyk i publicysta, Adam Chmielecki (ur. 1981 r.) — politolog, dziennikarz i publicysta, Janusz Kowalski (ur. 1978 r.) — prawnik, publicysta oraz Anna Karolina Piekarska (ur. 1977 r.) — historyk, pracownik Instytutu Pamięci Narodowej (tutaj więcej o tej pozycji).

 

Oto ten wpis:

 

Wielce wielebny Pan Prezydent znowu był w Gruzji… Czegóż oczekiwać od narwańca, który ukradł Księżyc? Przygoda wzywa! Tylko… czy od głowy państwa nie należy oczekiwać wyważonego działania? Nienarażania racji stanu?

 

Wielce wielebny Pan Prezydent chyba nie całkiem załapał i pchał się ostatnio tam, gdzie go naprawdę nie potrzeba, mianowicie na granicę zwaśnionych terytoriów objętych wojną. Już nie mówię o tym, że głowa państwa w ogniu walki nic nie zgubiła.Wielce wielebny Pan Prezydent widocznie nie czytał „kronik o Grunwaldzie”… Albo je zapomniał.

 

Po pierwsze: jeśli się uważa głową państwa – nie ryzykuje się głową. Chyba, że w chwilach krytycznych dla narodu (bądź narodów to państwo zaludniające). Ale takie rzeczy robiło się w zbroi i na wierzchowcu , dziś się takich nie robi.

 

Po drugie: jeśli coś takiego państwa „głowa” robi – ma armię za sobą na „być albo nie być”, jak Aleksander, a nie jak BOR.

 

Zdając się na takie przygody z Saakaszwilim powinien lepiej pomyśleć o karierze filmowej i ponownej grabieży Księżyca. A nie narażać głowę państwa polskiego i ostatniego na uszczerbek.

 

Na granicy w Osetii na pewno strzelano. W górę.. Gdyby Lecha chciano ustrzelić – ustrzelono by. Saakaszwili doskonale wiedział, co będzie. I tu się wzbraniam używania prezydenta RP jako marionetki!

 

W dniu otwarcia Igrzysk Olimpijskich Gruzja masowym ostrzałem  Osetii Południowej rozpoczęła kolejną „misję wolnościową” z ramienia „wolnego świata”. To nie ulega wątpliwości i samo w sobie jest chucpą, która równych szuka.

 

Że Rosjanie stacjonowali masowo w okolicy – nie było oczywiście przypadkiem. Ale to pan Saakaszwili i jego doradcy doskonale wiedzieli. Potem nastąpiło to, czego się można było spodziewać po Rosjanach.

 

Potem nastąpiła kaukaska komedia na arenach dyplomatycznych i politycznych (biorąc sprawę pod uwagę strategicznie). Głównym aktorem był sam pan Saakaszwili, a jego marionetką nasz wielce wielebny Pan Prezydent, który dwa razy udał się do Gruzji (widocznie chcąc podkreślić, że Gruzja jest nasza, bo Saakaszwili był jednym z czterech pancernych).

 

Pierwszym razem pilot o zdrowych zmysłach odmówił rozkazu lecieć samolotem pasażerskim w region objęty wojną i wielce wielebny Pan Prezydent chcąc nie chcąc musiał lądować w Azerbejdżanie. Takie prawo kapitana na pokładzie.

Biografia Lecha Kaczyńskiego

 

 

No to od poniedziałku się zacznie pisowskie fajdanie. 17.06. premiera biografii Lecha Kaczyńskiego. Na premierze w klubie przy Brackiej będą w roli gości specjalnych Jarosław Kaczyński i Marta Kaczyńska. Można sobie wyobrazić, jakie zniosą jaja. Nie znam książki, więc guzik mogę powiedzieć.

 

Na prawicowych portalach już rozpoczęła się celebra w związku z „prezydentem tysiąclecia”. Z portalu wPolityce.pl publikuję wywiad z jednym z autorów biografii Adamem Chmieleckim, w którym jest wszystko, z czym w następnych dniach się spotkamy.

 

Same ochy i achy.

 

wPolityce.pl: W czasie pracy nad książką dotarli Panowie do wielu nieznanych wcześniej materiałów?

Adam Chmielecki: Myślę, że napisana przez nas książka zaskoczy publiczność. Zaskoczyła zresztą nas samych, jej autorów. Tym, co uderzyło mnie osobiście, był fakt, iż biografia Lecha Kaczyńskiego okazała się de facto biografią polityczną Polski po roku 1989. Postać śp. Prezydenta przewija się we wszystkich najważniejszych wydarzeniach i punktach zwrotnych historii politycznej III RP. Drugim punktem, który być może będzie stanowił zaskoczenie dla odbiorców, jest zderzenie kreowanego przez media wizerunku Lecha Kaczyńskiego z rzeczywistością. Ta rozbieżność jest efektem funkcjonowania przemysłu pogardy, którego autorzy niszczyli wizerunek śp. Prezydenta. Najłagodniejszą formą deprecjonowania Lecha Kaczyńskiego były usilne próby przeciwstawiania go jego bratu i sugerowanie, iż prezydent był w gruncie rzeczy całkowicie podporządkowany swojemu bratu, a jego samodzielna aktywność polityczna była jedynie wynikiem realizowania wytycznych Jarosława Kaczyńskiego.

Państwa książka udowadnia, że były to fałszywe tezy?

- Droga polityczna Lecha i Jarosława Kaczyńskich – z racji zarówno ich pokrewieństwa, jak i wyznawanej wspólnoty wartości, była w dużej mierze podobna, ale w wielu jednak punktach się różniła. Dowody zostały zaprezentowane w naszej książce. Istniały obszary, w których Lech i Jarosław Kaczyńscy działali od siebie niezależnie.

Dotarli Panowie do archiwum rodzinnego śp. Prezydenta. W książce znajdziemy materiały prezentujące pierwsze lata życia Lecha Kaczyńskiego?

- Tak, dużym atutem naszej książki jest jej szeroka baza źródłowa. Dzięki temu, że autorów było czterech, mogliśmy rozdzielić pracę miedzy siebie i zebrać naprawdę bogaty materiał. Przeprowadziliśmy kwerendę w archiwach Uniwersytetu Gdańskiego, Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, dotarliśmy także do archiwum Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”.Przypomnijmy, że rola śp. Pana Prezydenta w „Solidarności” bardzo często bywała podważana. Nasza książka udowadnia, że tego rodzaju zarzuty są zupełnie bezpodstawne i noszą znamiona stosowania zwyczajnej propagandy, niemającej nic wspólnego z prezentacją ustaleń opartych na materiałach źródłowych. Dużą część zgromadzonego przez nas materiału stanowią źródła prywatne – tu należą się ogromne podziękowania panu premierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu i pani Marcie Kaczyńskiej. Otrzymaliśmy od nich bardzo dużą pomoc. Wielką wdzięczność jesteśmy także winni – niestety już pośmiertnie – śp. pani Marii Kaczyńskiej. Była ona bardzo świadomą osobą i na bieżąco archiwizowała działalność polityczną i społeczną męża. Zbierała wycinki prasowe, nagrywała na wideo występy pana Prezydenta w telewizji. Dzięki uprzejmości pana Jarosława Kaczyńskiego mogliśmy z tych materiałów skorzystać, co oczywiście bardzo ułatwiło nam pracę.

Jaki obraz śp. Prezydenta wyłania się z Państwa książki?

Mówiąc najkrócej: Lech Kaczyński był pragmatykiem wiernym wartościom.Tylko pozornie jest to sprzeczność. W polityce można na ogół zaobserwować dwie skrajne postawy – pierwszą grupę stanowią osoby skrajnie nasycone ideologią –tacy ludzie mogą jedynie służyć jako wyznacznik wartości, emanacja pewnej postawy, nigdy jednak nie mają szansy na realne sprawowanie władzy. Na drugim biegunie znajdują się cynicy oraz ci, którzy nawet jeśli mają jakiekolwiek poglądy, dopasowują je do zmieniających się okoliczności – po to, aby za wszelką cenę utrzymać się przy władzy. Lech Kaczyński natomiast miał swoje zasady, nigdy się ich nie wyrzekł i ich nie zdradził, natomiast pewien pragmatyzm i umiejętność realizowania strategii politycznej umożliwiał mu działanie i wcielanie w życie swoich ideałów. Ta umiejętność stanowi wyznacznik jego wielkości. Jest to cecha charakteryzująca wybitnych polityków.

Najkrótsze podsumowanie kanonu wyznawanych przez Prezydenta wartości?

- Był to kanon wartości „Solidarności”.

Jakim człowiekiem był Prezydent w życiu prywatnym?

- Także w życiu prywatnym był człowiekiem „Solidarności”. Lech Kaczyński był człowiekiem bardzo spójnym wewnętrznie. Ideałom, które wyznawał w życiu publicznym, był wierny także w życiu osobistym. Najlepszym tego przykład stanowi stosunek śp. Prezydenta do Małżonki – było to bardzo kochające, ciepło odnoszące się do siebie, dobrze rozumiejące się małżeństwo. Z dokumentów i relacji, do których dotarliśmy wynika, że Lech Kaczyński był także bardzo dobrym i wyrozumiałym pracodawcą. Mówią o tym zarówno relacje jego podwładnych z okresu sprawowania przez Lecha Kaczyńskiego funkcji wiceprzewodniczącego Komisji Krajowej „Solidarności”, a także z czasu, kiedy był on prezesem NIK. Śp. Prezydent był szefem bardzo wymagającym, ale także wyrozumiałym, dbającym – jako człowiek „Solidarności” – o godność człowieka i o dobrą atmosferę w pracy. Świadczą o tym bardzo liczne zebrane przez nas relacje podwładnych pana Prezydenta. Zamieściliśmy je w naszej książce.

Rozmawiali Panowie także w politycznymi przeciwnikami Lecha Kaczyńskiego?

- Tak, prosiliśmy o wypowiedzi także osoby, które obecnie nie należą do obozu politycznego identyfikującego się z dziedzictwem śp. Prezydenta. Nie napisaliśmy hagiografii, ale prawdziwą biografię. Obraz Prezydenta jest jednak spójny, niezależnie od tego, w którym obozie politycznym znajdowali się nasi rozmówcy. Także ci, którzy nie mają obecnie żadnego interesu politycznego w kształtowaniu pozytywnego wizerunku śp. Prezydenta, podkreślali jego skuteczność, uczciwość i prawość. To najlepiej świadczy o jego wielkości. Lech Kaczyński był wybitnym politykiem i po prostu dobrym człowiekiem.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Agnieszka Żurek

 

Fragmenty biografii publikuje także portal wPolityce.pl:

 

„Lech Kaczyński – biografia polityczna”, jej autorami są Sławomir Cenckiewicz (ur. 1971 r.) — historyk i publicysta, Adam Chmielecki (ur. 1981 r.) — politolog, dziennikarz i publicysta, Janusz Kowalski (ur. 1978 r.) — prawnik, publicysta oraz Anna Karolina Piekarska (ur. 1977 r.) — historyk, pracownik Instytutu Pamięci Narodowej.

 

Lecha Kaczyńskiego droga do NATO

 

Bronisław Komorowski, Janusz Onyszkiewicz, Krzysztof Skubiszewski, Mieczysław Wachowski, Lech Wałęsa – większość najważniejszych polityków z początku lat 90. strategiczne analizy Lecha Kaczyńskiego o integracji Polski z NATO uznawały za „antyrosyjskie prowokacje” i „bajania”.

Jako minister stanu Lech Kaczyński poznawał kulisy polityki międzynarodowej, odbył pierwsze spotkania polityczne na poziomie państwowym, spotykał się z dyplomatami i wojskowymi innych państw. Była to dla niego okazja do wewnątrzkrajowego lobbowania za pronatowską opcją:

Starałem się propagować ideę przystąpienia Polski do NATO. Jeździłem po dowództwach okręgów i próbowałem przekonywać do tego oficerów. Gdzieniegdzie spotykało się to z bardzo silnym oporem, bo były konkurujące koncepcje, np. koncepcja zbrojnej neutralności. Nie miałem, niestety, sojusznika w ówczesnym ministrze spraw zagranicznych. Rozmawiałem też o wejściu do NATO z Amerykanami, w szczególności z cywilnego wywiadu.

Podobnie wskazywał w innym miejscu:

Potrzebna była nowa doktryna obronna, stara zakładała udział w Układzie Warszawskim, i jasne powiedzenie, że zmierzamy do NATO. Potrzebne były zmiany organizacyjne, kadrowe i mentalne.

Wspomniany przez Kaczyńskiego minister spraw zagranicznych to Krzysztof Skubiszewski, w przeszłości związany współpracą z SB. Nie potrafi ł on przedstawić jasnej deklaracji Polski o zainteresowaniu członkostwem w NATO „ze względu na równowagę w regionie, w którym jesteśmy”. W myśl tej szkodliwej idei opowiadał się za oparciem bezpieczeństwa państwa na systemie Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, a w grudniu 1990 r. oświadczył, że „żadne członkostwo Polski w NATO nie wchodzi w rachubę”.

W podobnym tonie Skubiszewski wypowiadał się kilka tygodni później podczas przemówienia wygłoszonego w prestiżowym Królewskim Instytucie Spraw Międzynarodowych w Londynie. Z racji miejsca i audytorium to wystąpienie ówczesnego ministra spraw zagranicznych III RP można uznać niemalże za „programowe”. Skubiszewski oświadczył w Londynie m.in., że „nie należy czynić niczego, co mogłoby wywołać poczucie zagrożenia lub podejrzenia ze strony Związku Radzieckiego. Jest to delikatna sprawa”. Dodał, że „KBWE, NATO i nowe porozumienia o współpracy w Europie Środkowowschodniej, łącznie z ZSRR, winny razem dążyć do denacjonalizacji bezpieczeństwa i czynić zeń wspólną sprawę”.

Z relacji Lecha Kaczyńskiego o jego staraniach na rzecz upowszechnienia proatlantyckiego stanowiska na polskiej scenie politycznej wyłania się obraz polityka będącego niewątpliwie w zdecydowanej mniejszości:

Ale wtedy to było wołanie na puszczy. Pamiętam z tego czasu dwie charakterystyczne rozmowy. [...] Pierwszą z Bronisławem Komorowskim, który opowiadał mi bajki o biedzie dowódców okręgów, którzy mają powycierane ze starości kołnierzyki mundurów [...]. Szybko zorientowałem się, że to bzdura. A Janusz Onyszkiewicz z charakterystyczną pewnością siebie wyśmiewał mnie za bajania o NATO. Twierdził, że to w ogóle niemożliwe [...]. [Proponował] równy dystans wobec Wschodu i Zachodu. Patrzyłem na niego przerażony. [...] Dwa miesiące później po spotkaniu z Onyszkiewiczem rozmawiałem na ten sam temat z Geremkiem i profesor w sposób dużo bardziej dyplomatyczny też jednak uważał mój i Jarka postulat za nierealny. W kręgach wojskowych było podobnie: Kiedy mówiłem o tym na spotkaniach z kadrą dowódczą, odpowiedzią było milczenie. Dla tych ludzi był to olbrzymi szok. To jeszcze kilka miesięcy wcześniej była armia Układu Warszawskiego. To był ogrom pracy.

Proatlantycka postawa ministra stanu ds. bezpieczeństwa narodowego stała się szybko jedną z najważniejszych przyczyn konfliktu z prezydentem. Lech Wałęsa nie był przekonany do potrzeby integracji Polski ze strukturami politycznymi i wojskowymi Zachodu. Wspominał w tym czasie o możliwości zachowania trwałej neutralności lub snuł publicznie wizje niejasnych rozwiązań strategicznych w rodzaju NATO-bis i EWG-bis. Wynikało to z kilku przyczyn, a fakt, iż idea obecności Polski w NATO nie była zbyt popularna wśród okrągłostołowych elit politycznych, wydaje się jedną z kluczowych. Ale w przypadku Wałęsy chodziło zapewne również o strach przed ujawnieniem kompromitującej przeszłości (sprawy TW ps. „Bolek”) oraz związek, a nawet pewien rodzaj lojalności z ludźmi dawnego reżimu, dla których sojusz ze Stanami Zjednoczonymi był ze względów biograficznych i ideowych zwyczajnie nie do zaakceptowania. Łącznikiem pomiędzy prezydentem a tymi środowiskami był Wachowski, którego rola i powiązania do dzisiaj nie zostały do końca wyjaśnione ani tym bardziej opisane.

Konflikt z prezydentem Wałęsą i jego najbliższym zapleczem (Andrzej Drzycimski, Mieczysław Wachowski, ks. Franciszek Cybula) narastał od maja 1991 r. Ponadto Lech i Jarosław Kaczyńscy podejrzewali, że to Wachowski był jednym z inspiratorów niezdecydowanej postawy prezydenta Wałęsy w sprawie polskich aspiracji do NATO. Przykładowo to właśnie Wachowski miał odpowiadać za usunięcie w sierpniu 1991 r. z prezydenckiego wystąpienia fragmentu o członkostwie Polski w NATO i potrzebie przyspieszenia procesu wycofywania wojsk sowieckich znad Wisły podczas wizyty Wałęsy w brukselskiej siedzibie Sojuszu Północnoatlantyckiego:

Na początku były dwa warianty przemówienia — A i B. Jeden powstawał w MSZ, drugi wzbogacony był we fragmenty wprowadzone przez Kancelarię Prezydenta. Odbyłem z min. Skubiszewskim dwa spotkania, w toku których ustaliliśmy ostateczną kompromisową wersję, którą otrzymał Wałęsa i którą MSZ przekazało za NATO — wspominał Lech Kaczyński. — Już w Brukseli dowiedziałem się, że w polskiej delegacji panuje zamieszanie, bo jest wersja A i B. Tłumaczyłem, że jest tylko jedna, uzgodniona z MSZ [...]. W rezydencji oficjalnych gości rządu belgijskiego Wachowski przeczytał wersję A i powiedział: „Nie będzie takiej antyrosyjskiej prowokacji”. [...] Wałęsa wygłosił przemówienie — okazało się, że skrócone.

Konflikt z Wałęsą i jego otoczeniem, któremu wyraźnie przewodził Wachowski, sprawił, że Lech Kaczyński (i całe BBN) był coraz częściej marginalizowany: Praca w Kancelarii Prezydenta okazała się dla Lecha Kaczyńskiego czasem ostatecznej „utraty politycznych złudzeń” co do Wałęsy.

Tak! Kartofel chciał wylądować na kartoflisku i jest krochmalem

 

Kompletnie nie rozumiem Anny Chodakowskiej, która tak bezpardonowo potraktowała stwierdzenie – skądinąd dowcipne i właściwe Juliusza Machulskiego, a powiedział reżyser „Seksmisji” o Lechu Kaczyńskim: ”Można by zrobić komedię o nabzdyczonym prezydencie, który uparł się, by lądować we mgle na kartoflisku”.

 

A to kartoflisko jest nieprzypadkowe, wszak Lech i Jarosław to Kartofle, jak zauważyła onegdaj berlińska gazeta. Marta Kaczyńska zaś to Kartoflanka.

 

A Chodakowska bzdyczy na Machulskiego: – To wyjątkowe chamstwo z jego strony. Jak się g… wie, to nie powinno się wypowiadać.

 

Aktorka powinna docenić satyrę w tym stwierdzeniu, nawet się nie zgadzając z powodu ansów politycznych. Owszem, była to tragedia, tyle jednak czasu od niej minęło, iż należy traktować „poległego” prezydenta tak, jak przed śmiercią na to zasługiwał. Niezdara budził śmiech politowania.

 

A jego brat Jarosław niemal każdego dnia prezentuje tragifarsę. Anno Chodakowska, trochę dystansu do tematu, a będziemy zdrowsi, bo tego narodowi brakuje. Zdrowego poczucia dystansu do wszelakich wzmożeń patriotycznych. Z byłego prezydenta został tylko krochmal.

 

Przemysł pogardy prezesa

 

Bracia Karnowscy są publicystycznymi dziadami. Nie piszę tak, aby ich poniżać, latają mi. Mam na myśli ich walory intelektualne i charakterologiczne. Znaczy się: brak tych walorów.

 

Taki jest ich portal wPolityce – dziadowski (acz pierwszy tak określił Wojciech Sadurski), taki jest ich periodyk „wSieci”, gdy w bambuko jeden z nich zrobił Grzegorza Hajdarowicza, dojąc kasę z właściciela „Rzeczpospolitej”, a na boku kręcąc własne lody.

 

Tak mają dziady, jak ktoś będzie chciał zilustrować dziady jako takie, portretować Karnowskich – to są dziady publicystyczne i ludzkie w całej krasie.

 

O innej jednak rzeczy chcę napisać, oto publikują na portalu, aby podrasować sprzedaż numeru świątecznego periodyku, fragmenty książki niejakiego Sławomira Kmiecika „Przemysł pogardy”. Nie warto byłoby wspominać o tej pozycji, bo jej poziom i zawartość nie zaskakują, są średnio nijakie i takoż publicystycznie odkrywcze.

 

Autor utrzymuje, iż nikim tak nie gardzono przed śmiercią i po śmierci, jak Lechem Kaczyńskim. Otóż silniej gardził Polakami tenże samobójca spod Smoleńska (plus 95 innych niewinnych ludzi zabitych przez niego, pośrednio przez brata Jarosława), żadni politycy nie gardzili tak Polakami jak bracia Kaczyńscy.

 

Nieprzypadkowo bracia Kaczyńscy byli nazywani kartoflami, bo takie mieli (Jarosław ma do dzisiaj) pojęcie o polityce, potrzebach Polaków i patriotyzmie.

 

Bracia Karnowscy i dzisiaj „polityk” Kaczyński gardzi swoim elektoratem, którego nie wiadomo dlaczego nazywa patriotycznym, a który został zwiedziony przez zaprzańca i ogłupiony. Pogarda Kaczyńskiego występuje w krystalicznej postaci, może zastanawiać, że tak marny fizycznie człowiek może wmawiać takie brednie, jak kartofle.

 

Pogardę wytwarza kartoflana mentalność Kaczyńskiego. Lech nie wytrzymywał ciśnienia, a dzisiaj Jarosław. Prezes PiS gdy tylko w jakiejkolwiek sprawie się odezwie, konstruuje taką kalumnię, perełkę nienawiści, iż dominuje w sferze publicznej i medialnej. Z wypowiedzi Jarosława dałoby stworzyć kilka grubych tomów leksykonu „Przemysł pogardy prezesa”.

Smoleńska farsa

Film o Smoleńsku, o katastrofie smoleńskiej, realizacji, którego podejmuje się Antoni Krauze, może być tylko hagiograficznym gniotem. Inaczej tego nie można zrobić, gdyż takie są prawa narracji.

 

Dzieło sztuki podszyte fałszem nigdy nikomu nie udało się, dlaczego miałoby tym razem być inaczej. Jerzy Stuhr przestrzega przed ośmieszaniem Polski.

 

Niestety, Jarosław Kaczyński ośmiesza kraj codziennie. On, Macierewicz i inni członkowie PiS. Polska stała się pośmiewiskiem smoleńskim, z tragedii zrobiono farsę.

 

Film o Smoleńsku będzie niezamierzoną farsę, a aktorzy, którzy dadzą swoje twarze to komedianci i klowni. Ale Kaczyńskiego to niespecjalnie interesuje, chce mieć dzieło kultu, aby naród smoleński miał przed czym bić pokłony i rozbijać swoje czoła.

 

To ledwie wyznawcy nowej sekty smoleńskiej. Wódz prowadzi ich na nieuchronną samobójczą śmierć.

 

Kaczyński – gorzej niż komunizm

 

Na prawicowych portalach ręce zacierali. W filmie Antoniego Krauzego „Smoleńsk” główną rolę Lecha Kaczyńskiego będzie odtwarzał Marian Opania. Aktor tego reżysera, debiutował w jego doskonałym filmie „Palce boży”.

 

A tu – guzik. Opania pokazał gest Kozakiewicza.

 

Od razu odmówił, gdy zwrócono się do niego z propozycją roli zmarłego prezydenta. Umotywował: „Komunizm nas tak nie podzielił, jak Jarosław Kaczyński”.

 

I sekretarz KC PiS teraz da mu popalić, na Opanię znajdą się papiery. Prawicowe media rozpracują mu rodzinę, a blogerzy – poplują mu w twarz, tzn. na zdjęcia, które zdążyli sobie powiesić: Opanię jako Kaczyńskiego.