Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 84389
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 178

Wilson

Flag Counter

Santorski

 

Santorski: W Polsce sukces jest podejrzany. Porażka to dopiero heroizm

Krzysztof Lepczyński, 08.04.2014
Jerzy Janowicz podczas pojedynku przeciwko Marinowi CilicowiJerzy Janowicz podczas pojedynku przeciwko Marinowi Cilicowi (Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)
- Jesteśmy społeczeństwem deficytu wiary w siebie, deficytu radości życia i satysfakcji z osiągnięć – mówi w rozmowie z Tokfm.pl Jacek Santorski, psycholog. Po emocjonalnej wypowiedzi Jerzego Janowicza, według którego Polska to kraj bez perspektyw, pytamy, czy nad Wisłą panuje kult porażki.
- Jesteśmy krajem, w którym czy to w sporcie, czy w biznesie nie ma żadnej perspektywy, dla nikogo. Nie ma żadnej pomocy - wybuchł na konferencji prasowej Jerzy Janowicz po przegranym meczu o awans do elitarnej tenisowej Grupy Światowej.- Młodzi studiują, by potem wyjechać. Trenujemy gdzieś po szopach i to nie tylko w tenisie. Zbigniew Bródka musi ćwiczyć za granicą. Więc dlaczego macie wobec nas jakieś oczekiwania? Każdy ma jakieś oczekiwania. Może sami wyjdźcie na kort, przepracujcie na nim całe życie, a potem oczekujcie – grzmiał pod adresem dziennikarzy tenisista. – W naszym kraju gracza trzeba tworzyć przez całą karierę. A śmiecia i zero w jednym meczu – stwierdził wreszcie.

Polska anarchia, polskie piekło, czyli nasz charakter narodowy [BLOG ADAMA JEZIERSKIEGO] >>>

Czy to, o czym mówi Janowicz, jest szerszym problemem? Czy jesteśmy społeczeństwem krytykantów, w którym nie można odnieść sukcesu, a porażka to wyrok? Pytamy o to Jacka Santorskiego, psychologa i psychoterapeutę.

Krzysztof Lepczyński: Kto ma problem? Janowicz czy Polacy?

Jacek Santorski: – Ktoś, kto gra na tym poziomie, o tę stawkę, jeśli nie będzie drapieżnikiem, nie będzie wygrywał. Jednak lider, drapieżnik, nie jest w stanie trzymać w ryzach swojej drapieżności 24 godziny na dobę. Inaczej nie byłby kimś. Trzeba lat, żeby umieć zarządzać swoją drapieżnością tak, by nie prowadziła do błędów. Jako kibica interesuje mnie, żeby kontrolował gniew przed meczem i w jego trakcie. A później daję mu prawo do odreagowania. Na poziomie poglądów już się z Janowiczem nie zgadzam. Sam jestem przedsiębiorcą i jak odnoszę sukces, nie mówię, że zawdzięczam go całemu światu, a jak ponoszę porażkę, to pytam siebie, co nie zadziałało, jakie mogę wyciągnąć z tego wnioski.

Ale to częsty psychologiczny mechanizm. Sukces ma wielu ojców, porażka jest sierotą.

- To tak zwana zasada lustra i okna. Mistrzowie życia, jeżeli odnoszą sukces, otwierają okno i mówią „patrzcie, to sukces naszego zespołu, naszego otoczenia”. A jak ponoszą porażkę, niepowodzenie, biorą lustro, patrzą w nie i pytają „czego nie przewidziałem, jak przyczyniłem się do niepowodzenia, jakie mogę wyciągnąć z tego wnioski na przyszłość, czego się nauczyć?”. Osoba mniej dojrzała działa odwrotnie. Odnosząc sukces bierze lustro i mówi „to ja”. Przy niepowodzeniu otwiera okno i krzyczy „to przez was”. Ma skłonność, żeby niepowodzenie racjonalizować przez skarżenie się, sprowadzanie do roli ofiary.

To polska specyfika?

- Z międzynarodowych badań nad innowacyjnym przywództwem wynika, że na wschód od Łaby faktycznie możemy mieć większy problem z przyznawaniem się do porażek bez obwiniania innych. Jednak specjaliści pokazują tę granicę gdzie indziej. Zasadnicza różnica w podejściu do porażki mieści się w kulturze amerykańskiej i europejskiej. Dojrzałych ludzi łatwiej spotkamy w Ameryce niż Europie. W tym zakresie jesteśmy więc Europejczykami.

Na czym polega ta różnica w podejściu do porażki?

- Po części jest to związane z tym, że Amerykanie nazwą ją niepowodzeniem albo nieudaną grą, ale nie porażką. Już samo pojęcie porażki jakoś nas degraduje w oczach własnych i otoczenia. Żeby zostać naprawdę innowacyjnym przywódcą, czasem trzeba przejść przez trzy bankructwa, trzy niepowodzenia firm czy projektów, aby przy czwartym odnieść sukces. Amerykanie mają bardzo zdrowy stosunek do tego, traktują niepowodzenie jako doświadczenie, mają edukacyjne podejście. W Europie mamy bardziej skłonność traktowania tego jako porażkę.

Nie umiemy przegrywać, a przez to trudniej jest nam wygrywać?

- Sogyal Rinpoche, tybetański guru mieszkający we Francji, strawestował tybetańską Księgę Umarłych, wydając książkę pod tytułem „Tybetańska księga życia i umierania”. Rzeczywiście jest tak, że ludzie, którzy umieją żyć, umieją umierać. A przekroczenie lęku przed śmiercią daje niesłychaną odwagę i otwartość na pasję w życiu. Tak jak coś wspólnego ze sobą mają życie i umieranie czy jakość dnia i jakość snu, tak sprzężone są umiejętność wygrywania i przegrywania. Wygrywa się bez triumfalizmu, z radością, a przegrywa bez zgorzknienia, a z poczuciem lekcji.

Jak to osiągnąć?

- To kwestia filtrów, które nakładamy na rzeczywistość. Na to samo zdarzenie nieudanego meczu można patrzeć w kategoriach „okazałem się gorszy, więc muszę osłabić innych”. To jest sprzężone z mniejszym poczuciem własnej wartości. Osoba, która nie ma wątpliwości co do poczucia własnej wartości, będzie traktować niepowodzenia jako doświadczenie. Osoba, która jest niepewna swojej wartości, będzie miała skłonność, żeby to racjonalizować lub oskarżać innych. W historii polski mamy taki paradoks, że w sytuacjach wyjątkowych czujemy się kimś wyjątkowym, a na co dzień raczej kimś marnym, do czego trudno się przyznać.

Jako naród czynimy porażkę powodem do dumy, uświęcamy ją.

- Bo to jedyne, co można zrobić. Jeżeli nie możemy przyjąć doświadczenia takim, jakim jest, robimy z niego jakąś mitologię. Jeśli nie potrafimy sobie powiedzieć po stoicku, że naszą siłą jest wyciąganie lekcji z niepowodzeń, mówimy, że niepowodzenie jest wyrazem naszego heroizmu i wyjątkowości. A tak naprawdę wprowadzamy całe zdarzenie w model trójkąta dramatycznego z prześladowcami, wybawicielami i ofiarami. I nasze niepowodzenie lokujemy gdzieś między tymi trzema rolami.

Czy w rezultacie sukces w Polsce nie staje się podejrzany?

- W ogóle słowo „sukces” nie wywodzi się z naszej kulturowej etymologii. To pojęcie zachodnie i jako coś obcego jest podejrzane. Polacy poświęcali się, zwyciężali, a nie odnosili sukcesy. Więc odniesienie sukcesu spycha do obszaru podejrzeń. A często z obawy przed utratą miłości i aprobaty wolimy narzekać. Zwłaszcza że sukces budzi zawiść i nawet po wyjściu z kościoła konstatujemy, że sąsiad zamienił toyotę na lexusa i zastanawiamy się, co i gdzie przewalił. Polacy uczą się uwagi na taką ostentację i wolą czasem ponarzekać. Spotykam czasem przedsiębiorców, którzy robią wielkie rzeczy, a jak spotykają się razem, to narzekają.

Staliśmy się więc społeczeństwem porażki?

- To za dużo powiedziane. Jesteśmy raczej społeczeństwem deficytu wiary w siebie, deficytu radości życia i satysfakcji z osiągnięć. I to wychodzi w takich sytuacjach.

10 mln zł na ośrodek tenisowy, 62 tys. na klub, 14 tys. stypendium – oto, jak wygląda „szopa Janowicza”

08.04.2014

„Trenujemy gdzieś po szopach. Nie ma żadnej pomocy w sporcie. Dlaczego macie oczekiwania wobec nas?” – krzyczał do dziennikarzy Jerzy Janowicz. Sprawdziliśmy, jak ta „żadna pomoc” wygląda w jego rodzinnej Łodzi. W ostatnich czterech latach najlepszy polski tenisista otrzymał od władz miasta ponad 60 tys. złotych. Dofinansowano mu nawet zakup odżywek i biletów lotniczych. Z kolei klub, w którym trenuje, dostał w sumie 320 tys. zł, z czego część w ramach… Programu Profilaktyki i Rozwiązywania Problemów Alkoholowych.

Jerzy Janowicz w ciągu czterech lat otrzymał od władz Łodzi ponad 60 tys. złotych
Jerzy Janowicz w ciągu czterech lat otrzymał od władz Łodzi ponad 60 tys. złotych • Fot. twitter.com/HoracyHarc

Najpierw jednak o słynnej „szopie Janowicza”, która stała się już tematem memów. Trudno się dziwić, że po tym, jak tenisista poskarżył się na swoje i młodych adeptów sportu warunki treningu, oczy komentatorów skierowały się na Łódź, a konkretnie na korty w parku Poniatowskiego, które należą do Miejskiego Klubu Tenisowego. To tam dorastał i tam trenuje Janowicz, podobnie zresztą jak inni reprezentanci Polski. „Szopa”? Chyba nikomu takie porównanie nie przyszłoby do głowy.

•Fot. http://www.mkt-lodz.com/

– Jerzyk nie trenuje w szopie. Od trzech lat mamy wspaniałą bazę treningową. Przyjeżdżają do nas zawodnicy z całej Polski, bo tak wspaniałe mamy warunki – mówi naTemat Ewa Wróbel-Nadel, prezes MKT. W lutym tego roku zakończył się tam drugi etap inwestycji pod nazwą „Centralny Tenisowy Ośrodek Sportu”. Powstały budynki dla administracji i tenisistów, gabinet odnowy biologicznej, siłownia, sala gimnastyczna. Są plany wybudowania kortu centralnego, gdzie będzie można rozgrywać turnieje rangi ATP.

– Natomiast ja myślę, że on mówił bardziej ogólnie. Kiedy zaczynał, trenował w hali, która była kortem centralnym i zadaszyli ją własnymi siłami pasjonaci tenisa. Takie warunki mają dzieciaki w wielu miejscach w Polsce. My mamy wielkie szczęście, ale nie wszędzie jest podobnie – zastrzega Wróbel-Nadel.

10 mln złotych – tyle w latach 2004-2014 przeznaczono na modernizację obiektu, gdzie trenuje Jerzy Janowicz. Powstała nowoczesna hala treningowa, jest także 10 ziemnych kortów tenisowych.

Co ze wsparciem finansowym? Szczegółowe dane na ten temat otrzymaliśmy z urzędu miasta. Nie pozostawiają wątpliwości – Miejski Klub Tenisowy Janowicza jest dotowany hojniej niż porównywalne kluby sportowe. W ubiegłym roku otrzymał ponad 62 tys. zł (Klub Sztuk Walki dostał np. tylko 9 tysięcy), z czego 45 tys. poszło na „wspieranie szkolenia sportowego”, a więc także na potrzeby naszego najlepszego tenisisty. Klub dostał nawet pieniądze z Miejskiego Programu Profilaktyki i Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (5 tys. zł).

– Opracował projekt, w ramach którego Janowicz był gwiazdą zachęcającą dzieci do uprawiania sportu. To dało możliwość sfinansowania wydatków na rzecz zawodnika – zaznacza w rozmowie z naTemat Longina Lefik, dyrektor Wydziału Sportu Urzędu Miasta Łodzi.

257 tys. zł – tyle w latach 2010-2013 Urząd Miasta w Łodzi przeznaczył ogółem na dofinansowanie Miejskiego Klubu Tenisowego.

I w końcu kasa wyłącznie na potrzeby Janowicza. Urząd miasta od 2011 roku wsparł go kwotą 66 tys. zł. W ubiegłym roku dostał 9 tys. zł stypendium i 5 tys. nagrody za osiągnięte wyniki sportowe. Rok wcześniej dofinansowano mu przygotowanie do występów na imprezach US Open oraz Drużynowych Mistrzostwach Świata (10 tys. zł, w tym zakup biletów lotniczych). W 2011 roku przeznaczono zaś odpowiednio 10 i 15 tys. zł na zakup odżywek i sprzętu oraz opłacenie osobistego trenera tenisisty.

„Gdy Janowicz mówił: ‚Nie ma żadnej pomocy w sporcie’, nie mówił więc chyba o sobie. Tym bardziej że ma też hojnych sponsorów – nieoficjalnie wiadomo, że jego umowa z łódzką firmą Atlas warta jest 2 mln zł” – przypomina dziennikarz łódzkiej „Gazety Wyborczej” Bartłomiej Derdzikowski.

Czy w kontekście tych liczb tenisista przesadził mówiąc o „szopie” i braku pomocy? Ewa Wróbel-Nadel ma na to jedną odpowiedź – przeprosiny. – W imieniu wszystkich tenisistów przepraszam państwa za te, zbyt emocjonalne wypowiedzi Jerzego. One nie powinny tak wybrzmieć. Oczywiście większość ciężaru finansowego spoczywa w tenisie na barkach rodziców, ale taki to już jest sport. Na pewno nie chcielibyśmy, by przez ten jeden incydent ktokolwiek odwrócił się od tenisa – kwituje.

naTemat.pl 

Agnieszka Radwańska: Gdybym przegrała, zostałabym zrównana z ziemią

Maciej Blaut, 08.04.2014

 A.Radwańska

  
- Kiedyś, gdy grałam na turnieju w Polsce, czułam się inaczej niż zwykle. Moje doświadczenie sprawia, że teraz nie sprawia mi to różnicy – mówi Agnieszka Radwańska, najlepsza polska tenisistka.

Radwańska udanie rozpoczęła udział w turnieju BNP Paribas Katowice Open. – Organizacja turnieju jest bardzo dobra, na nic nie można narzekać. To mały turniej, ale wszystko jest OK. Nawierzchnia? Wiadomo, że jest kładziona na kilka dni przed turniejem, więc nigdy nie będzie idealna – mówiła.

Radwańska ostatnio miała okazję zagrać w turnieju WTA w Polsce siedem lat temu. – Kiedyś, gdy grałam na turnieju w Polsce, czułam się inaczej niż zwykle. Moje doświadczenie sprawia, że teraz nie sprawia mi to różnicy. Nie czułam większych nerwów. Pierwsze gemy były dość wyrównane, bo przeciwniczka była leworęczna, a to zawsze sprawia trudność. Poza tym pierwszy mecz turnieju zawsze jest pewną niewiadomą. Z czasem grało się coraz łatwiej – podkreślała.

Dla Radwańskiej nie był to pierwszy występ na Śląsku. – Jako dziecko grałam tu wiele razy. W Bytomiu, w Zabrzu… Wspominam to bardzo dobrze, a Śląsk dobrze mi się kojarzy. To były – na tamten czas – najważniejsze mecze w moim życiu – podkreślała.

Radwańska została też poproszona o komentarz do niedawnej, słynnej wypowiedzi Jerzego Janowicza. – Jerzyk jest osobą z charakterem. Widać, że jest nerwowy na korcie i poza nim. Wybuchnął po swoim meczu… Wiem po sobie, żeby na konferencję najlepiej nie iść zaraz po spotkaniu. Uważam, że trochę miał racji, ale mógł to inaczej powiedzieć. Ciekawe, co by było, gdybym ja przegrała pierwszy mecz w Katowicach? Pewnie zostałabym zrównana z ziemią – stwierdziła Radwańska.

Tenisowy turniej w Spodku oficjalnie otwarty. Agnieszka Radwańska gra we wtorek [ZDJĘCIA]
Targi jednak z Vive? Bertus Servaas propozycję usłyszał od nas
Porażka Katarzyny Piter na turnieju BNP Paribas Katowice Open

Gazeta.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>