Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 83853
  • Dzisiaj wizyt: 5
  • Wszystkich komentarzy: 177

Wilson

Flag Counter

In vitro

„Gdyby abp Hoser był premierem, mnie by nie było”. Polka urodzona dzięki in vitro odchodzi z Kościoła

- Nie chcę mieć z tą instytucją nic wspólnego, planuję apostazję – mówi w rozmowie z Gazeta.pl Agnieszka Ziółkowska, pierwsza Polka urodzona dzięki metodzie in vitro. To jej reakcja na ogłoszenie przez Episkopat dokumentu bioetycznego, w którym in vitro zostało nazwane „powierzeniem ‚wyprodukowania’ dziecka obcym”.

Anna Pawłowska, Gazeta.pl: Po ogłoszeniu przez Episkopat dokumentu bioetycznego zadeklarowała pani, że planuje apostazję. A przecież Kościół od dawna bardzo krytycznie odnosi się do kwestii in vitro. Ten dokument przeważył szalę?

Agnieszka Ziółkowska: Wychowałam się w katolickiej rodzinie i to, czym powinny być wartości chrześcijańskie, czyli otwartość, tolerancja, budowanie wspólnoty, miłość bliźniego jest mi bliskie. Ale od czasu skandalu z arcybiskupem Paetzem, przez kwestie związane z pedofilią, przez stanowisko Kościoła w sprawie związków partnerskich coraz bardziej oddalałam się od Kościoła jako instytucji. Od dawna już nie chodzę na msze. Ale wiadomo, że można nie chodzić, można nawet nie wierzyć, ale apostazja to co innego. Wcześniej nie czułam potrzeby takiego formalnego wypisania się z tej wspólnoty. Wiadomo też, że to jest dość skomplikowane. Procedury są niejasne, z punktu widzenia prawa kanonicznego wygląda to tak, że nie ja występuję z Kościoła, tylko wspólnota się mnie pozbywa, jest się wyrzucanym. To postawienie sytuacji na głowie. Po ostatnich wypowiedziach o in vitro takie formalne odłączenie się stało się dla mnie ważne. Nie chcę już figurować w żadnych kościelnych spisach.

Czy to była dla pani trudna decyzja?

- Długo do tego dojrzewałam, ale teraz to nie jest trudne. Bardzo współczuję wszystkim ludziom wierzącym, bo takich jest sporo, którzy starają się o dziecko metodą in vitro i z ambony muszą wysłuchiwać takich opinii. Większość rodziców, którzy starają się o dziecko tą metodą, to katolicy, bo przynajmniej teoretycznie 98 proc. Polaków jakoś jest związana z katolicyzmem. We wszystkich badaniach opinii publicznej wychodzi, że 80 proc. społeczeństwa popiera in vitro. Większość polskich katolików nie ma z tym żadnego problemu i dla nich to stanowisko Kościoła musi być trudne do przyjęcia.

Słuchając przedstawicieli Kościoła, można odnieść wrażenie, że radykalizują się w swoich poglądach.

- To, co robią, to jest zabieranie podstawowego prawa człowieka do posiadania rodziny. A od strony dziecka jest to odbieranie prawa do istnienia. Komunikat jest taki, że gdyby abp Hoser był premierem, to mnie by nie było. I 30 tys. innych dzieci też. Widzę tę coraz większą radykalizację stanowiska. Może to odpowiedź na to, że odbiór społeczny in vitro jest coraz bardziej pozytywny, akceptacja tej metody jest coraz większa. Jesteśmy w momencie, gdy kwestia in vitro powinna być prawnie uregulowana. Obawiam się, że politycy, zamiast wsłuchać się w głos swoich wyborców, ugną się i uchwalą prawo zgodne z oczekiwaniami hierarchów Kościoła.

Ta retoryka kościelna dotyka panią osobiście?

- Mnie nie jest w stanie obrazić bp Pieronek opowiadający o dzieciach Frankensteina. Mogę się najwyżej przerazić hipokryzją takich ludzi. Wydaje im się, że można w dyskursie publicznym i z pozycji autorytetu uderzyć w godność drugiego człowieka i powiedzieć mu, że nie ma prawa do istnienia. Nie wiem, jak można robić takie rzeczy i nie ponosić żadnych konsekwencji. Mnie to nie boli, mnie to po prostu oburza. To wszystko już dawno przekroczyło jakiekolwiek granice przyzwoitości, empatii i zdrowego rozsądku. Dlatego nie chcę już formalnie przynależeć do tej instytucji.

Z jakimi reakcjami spotkała się pani deklaracja?

- Ze strony moich przyjaciół, znajomych, a nawet osób, których nie znam, a które starają się o dziecko metodą in vitro, spotkały mnie tylko bardzo pozytywne reakcje. Dziękowali mi. Ale widziałam też niektóre reakcje w internecie, na przykład na stronie Frondy – pełno tam było negatywnych komentarzy. Czekam tylko, aż Terlikowski mianuje mnie oficjalnie pierwszym dzieckiem szatana w Rzeczpospolitej. Mimo to uważam, że nie można tego tak zostawić, trzeba o tym problemie mówić. Ja mam to szczęście, że wychowałam się w rodzinie, która cały czas daje mi wsparcie. Mam za sobą rodziców i wsparcie bardzo wielu osób. Mogę o tym mówić i mam nadzieję, że pomoże to też innym.

Już od pewnego czasu wypowiada się pani głośno o in vitro i dementuje różne mity związane z tą kwestią. Można powiedzieć, że stała się pani twarzą tej metody w Polsce. Czy dla rodziców, którzy starają się o dziecko tą metodą lub już mają dzieci z in vitro, dostaje pani sygnały, że taka otwartość pomaga?

- Tak, dostaję takie sygnały, ale cały czas mam wrażenie, że to, co robię, to jeszcze za mało. Potrzeba jakiejś „comingoutowej kampanii” i bardzo wielu informacji na temat in vitro. Przecież nie wszyscy ludzie, którzy korzystają z tej metody, są z dużych miast, gdzie jest mniejsza presja i mniej uprzedzeń. Mogę sobie wyobrazić, że są takie środowiska, w których ludzie naprawdę mają z tym problem, boją się przyznać, czują, że zrobili coś złego, że popełnili wielki grzech. Trzeba im powiedzieć, że to jest cudowne, co robią, i te dzieci też są cudowne, są owocem naprawdę wielkiej miłości. Trzeba z in vitro zdjąć odium zła, bo to są piękne, wspaniałe dzieci, nie mają żadnych bruzd dotykowych. Są po prostu normalne.

Planuje pani dalej angażować się w działania na rzecz zmiany postrzegania dzieci poczętych dzięki metodzie in vitro i ich rodziców?

- Współpracuję ze Stowarzyszeniem „Nasz bocian”, które od lat zajmuje się pracą u podstaw i edukacją w kwestii adopcji, leczenia niepłodności. Robią naprawdę ważną robotę. Z jednej strony myślimy o kampanii, która pokazywałaby, że te dzieci są i są wspaniałe, a ich rodzice naprawdę nie mają się czego wstydzić. Myślimy również o perspektywie dziecka, które też może mieć styczność z tym morzem szlamu i bluzg. Dlatego chcemy wydać taką książkę dla dzieci z bajkami, które mówiłyby o różnych alternatywnych sposobach pojawienia się dziecka w rodzinie, w tym o metodzie in vitro. Patrzę teraz na kalendarz wydany przez Stowarzyszenie „Nasz bocian”, które pokazuje zdjęcia dzieci poczętych tą metodą. One mają dziś trzy, cztery lata. Chciałabym, żeby będąc w moim wieku, nie musiały nawet myśleć o czymś takim jak coming out, żeby in vitro przestało budzić jakiekolwiek kontrowersje.

Źródło: TOK FM

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>