Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 84389
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 178

Wilson

Flag Counter

Medycyna

Wymuszanie pogrzebów martwych płodów w Szpitalu Kieleckim

W Szpitalu Kieleckim nakazują dokonywać pochówku płodów, które zostały poronione.

Przekonała się o tym pacjentka, która przebywała tam z 11-tygodniowym martwym płodem i dostawała tabletki poronne, aby go spędzić. Najpierw psycholożka kobiecie z martwym płodem kazała wybrać płeć dziecka i stosowne imię, a następnie przerażona pacjentka zobaczyła dwóch facetów w czerni, pracowników zakładu pogrzebowego, którzy czekali na spędzenie martwego płodu.

O co zatem chodzi?

Mianowicie pochówek martwego płodu jest dopuszczalny, gdy kobieta (bądź rodzice) na to się zdecyduje. Najczęściej jest tak, że martwy płód zostaje w szpitalu, gdzie podlega kremacji.

Szpital Kielecki musi mieć jakąś umowę z zakładem pogrzebowym. O czym świadczy determinacja personelu szpitalu i gotowość grabarzy, aby zarobić na nieszczęściu.

W przypadku tej kobiety nie doszło do spędzenia martwego płodu mimo aplikowania kolejnych tabletek. Uciekła ze Szpitala Kieleckiego do innego, gdzie dokonano na niej zabiegu łyżeczkowania.

Powyższy przypadek opisuje, jak obcesowo obchodzą się służby szpitalne z pacjentami, a już szczególny wymóg wrażliwości powinien dotyczyć kobiet, które tracą płód i winny podlegać szczególnej ochronie i opiece.

Szpital, medycyna, służba zdrowia, umierają – dramatyczne wyznania młodej lekarki

 

Małgorzata Marczewska, młoda lekarka ze szpitala wojewódzkiego w Gorzowie Wlkp. ujawniła prawdę o tej placówce zdrowia, po czym straciła pracę.

 

W sobotę Marczewska urządziła ponad 2-godzinną konferencję prasową, na której opowiadała dziennikarzom, co przeżyła w szpitalu. Była świadkiem tego, co najgorsze. Mówiła o dyżurach bez uprawnień, lekceważeniu podejrzenia gwałtu pacjentki, śmierci dziecka i nagminnym mobbingu.

 

Lekarka była ubrana w niebieski kitel z przypiętą do klapy czarną wstążką na znak żałoby, że szpital, służba zdrowia, medycyna, umierają.

 

Uzasadniała swoją postawę: – Chcę mieć czyste sumienie. Pracuję rok w tym szpitalu i widzę skutki uboczne, tego, co się tu dzieje. Zgodnie z przysięgą lekarską nie mam zamiaru milczeć – tłumaczyła powody.

 

Oskarżenie Marczewskiej obiegły całą Polskę, a zaczęło się od wywiadu dla portalu naTemat.pl (poniżej publikuję): - Mam świadomość, że żaden szpital nie będzie mnie chciał. Wiem, że teraz będę postrzegana jako ktoś, kto wszystko zapisuje, a może nawet nagrywa, bo czepia się gdy widzi błędy, ale robię to w imię pacjenta – tłumaczy.

 

Właśnie panią zwolnili.

Małgorzata Marczewska: Tak. W środę o 14:50 wręczono mi pismo, że jestem zwolniona z obowiązku świadczenia pracy do końca tygodnia, ponieważ nie mam kierownika specjalizacji. Dyrektor szpitala Marek Twardowski, wiceminister zdrowia za czasów Ewy Kopacz, zrobił to nie podając podstawy prawnej. Według mnie moje zwolnienie takiej nie ma.

Dlaczego?

Jestem lekarką rezydentką, a to oznacza, że dyrektor może mnie zwolnić tylko dyscyplinarnie. W uzasadnieniu napisał jednak, że mnie zwalnia, bo nie mam kierownika specjalizacji. Okazało się, że mój kierownik, nie informując mnie o tym, zrzekł się tej funkcji ponad miesiąc temu. Prawnie na rezydenturze muszę mieć kierownika. Jeśli nie mam go przez miesiąc, to ten miesiąc nie będzie mi zaliczony do rezydentury. Ale stało się to bez mojej wiedzy, więc nie powinnam za to ponosić winy. Z tego co rozumiem, według prawa obowiązkiem ordynatora oddziału i dyrektora placówki jest wyznaczenie mi kierownika. Potwierdziło mi to Ministerstwo Zdrowia, kiedy zadzwoniłam się poradzić. Niemniej jednak, nie mogę w tej chwili przyjść do szpitala jako lekarka, bo ochrona może mnie wyprowadzić.

Dlaczego kierownik się zrzekł nadzorowania pani specjalizacji?

Trudno mi powiedzieć, bo nie rozmawia ze mną od co najmniej dwóch miesięcy. Podejrzewam, że dla niektórych na moim Oddziale stałam się niewygodna. Kiedy zaczęłam zwracać uwagę na absurdy, które dzieją się w Szpitalu Wojewódzkim w Gorzowie Wielkopolskim, za plecami mnie oceniano i oczerniano. Dyskutowano o mojej rodzinie, moich finansach, wykształceniu, i to wszystko podobno w trosce o mój stan zdrowia psychicznego. Podobno twierdzono, że stwarzam zagrożenie dla zdrowia i życia pacjentów. To wszystko się działo za moimi plecami. To bardzo przykre, że moi przełożeni nawet wtedy nie raczyli mnie potraktować z należytym szacunkiem.

Wychowała się pani poza Polską, dlaczego zdecydowała się pani na studia medyczne w Warszawie?

Chciałam studiować w Polsce. Ale mam doświadczenie zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Mieszkałam, studiowałam i pracowałam w czterech różnych krajach: w Polsce, Stanach Zjednoczonych, Hiszpanii i Irlandii. W każdym z tych miejsc miałam do czynienia z medycyną. Medycynę studiowałam na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, który ukończyłam z wyróżnieniem. W Warszawie widziałam z bliska funkcjonowanie przynajmniej sześciu szpitali, pracowałam również jako lekarz rodzinny w Małej Wsi pod Płockiem. Chociaż nie jestem jeszcze specjalistką, sądzę, że mam stosunkowo szerokie spojrzenie na medycynę. I stwierdzam, że nigdzie nie widziałam, ani nie doświadczyłam aż takich nieprawidłowości, jak w Gorzowie Wielkopolskim.

Jak dostała się pani do gorzowskiego szpitala?

Miejsca szkoleniowe w trybie rezydenckim (dla lekarzy po stażu podyplomowym chcących uzyskać specjalizację) finansowane są przez Ministerstwo Zdrowia. Kiedy starałam się o rezydenturę, było bardzo mało takich miejsc – nawet tylko jedno na daną dziedzinę medycyny na każde województwo. I to mimo że brakuje lekarzy specjalistów. Za pierwszym razem w województwie mazowieckim się nie dostałam. Koleżanka poradziła mi, żebym spróbowała w województwie lubuskim, bo nie ma tam akademii medycznej, mają braki lekarzy i mniej ludzi składa podania. Tak trafiłam do Gorzowa Wielkopolskiego, na Oddział Chorób Wewnętrznych, który sama wybrałam.  Rezydentura zapewnia, że za małe pieniądze – dostaję 2300 zł na rękę – mam zapewnione, że w ciągu pięciu lat będę specjalistą chorób wewnętrznych. Jestem pracownikiem szpitala, ale płaci mi ministerstwo. Pracę zaczęłam dokładnie 1 lipca 2012, w poniedziałek minął rok.

I w poniedziałek pani ordynator miała panią wyrzucić z Oddziału.

Chciała, bym opuściła Oddział. Kiedy przyszłam rano do pracy, pozwoliła mi się wpisać na listę obecności i kazała iść do Urzędu Wojewódzkiego. Poszłam do kadr, a te nie widziały powodu, abym nie mogła wrócić na Oddział. Pani ordynator nadal mnie jednak odsyłała. Chodziło jej o to, aby oni wyznaczyli mi kierownika specjalizacji oraz oddział pracy. Nie miałam wyboru, napisałam notatkę służbową, że wbrew woli, według zaleceń moich przełożonych, opuszczam miejsce pracy i udałam się do Urzędu. Podobne sytuacje, tzn. prośby, abym opuściła Oddział, miały sytuację we wtorek i środę.

Kiedy zaczęły się te problemy?

Lekarze, z którymi rozpoczęłam pracę na początku chętnie mi pomagali. Byłam nawet mile zaskoczona. Niezbyt przychylnie był natomiast do mnie nastawiony kierownik specjalizacji. Przydzieliła mi go pani ordynator. Miałam wrażenie, że nie podobało mu się, gdy żartowałam w pracy, gdy zadawałam pytania używając skrótów medycznych z angielskiego (chociaż z tego, co wiem to posługuje się tym językiem przy opisywaniu badań USG serca). Nie był raczej otwarty na moje pytania i kierował mnie do książek medycznych. Wydawało mi się, że drażni go fakt, iż studenci medycyny na praktykach letnich ze mną żartowali, zadawali mi pytania, a ja pożyczałam im moje podręczniki anglojęzyczne.

Pani ordynator również ma specyficzne podejście do młodych lekarzy. Mimo poprawnie stawianych diagnoz, słusznie przyjętych pacjentów na podstawie zleconych badań, często ma pretensje do lekarzy pracujących pod sobą – i nie tylko tych młodych - podważa ich wiedzę, decyzje, i mam wrażenie, że ich nie szanuje. Sama tego doświadczałam i byłam świadkiem, gdy inni byli tak traktowani. W takich sytuacjach, zwykle starsi lekarze nie zabierają głosu. Może wiedzą, że i tak to nic nie zmieni. Jak szefowa – ordynator i konsultant wojewódzki ds. interny w jednej osobie niesłusznie krytykuje – oni zazwyczaj milczą. Pracując w takiej atmosferze, mając mnóstwo pracy, czułam się przygaszona i zestresowana.

Ma pani jednak konflikt nie tyle na Oddziale Chorób Wewnętrznych, co w całym szpitalu.

Moje problemy z Oddziałem, które przedtem dla mnie mieściły się w dozwalanych różnicach charakteru, przeszły w sytuacje bezprawne, gdy pojawiła się kwestia SOR-u (Szpitalnego Oddziału Ratunkowego). W trakcie tego roku, prawdopodobnie w ramach oszczędności, dyrektor Twardowski zwolnił lub doprowadził do zwolnienia wielu świetnych specjalistów. Na podstawie jego działań wnioskuję, że dla niego liczą się głównie cyferki, a nie kompetencje lekarzy i dobro pacjentów. Szpitalny Odział Ratunkowy stracił chyba 40 proc. personelu.

Poprzedni kierownik SOR-u powiedział, że się pod tym nie podpisze, bo taka sytuacja zagraża bezpieczeństwu pacjentów i zrezygnował z pracy. Wtedy zaczął się dla mnie trudny okres. Wydano mi dyspozycję ustną, że mam mieć samodzielny dyżur na SOR-ze. Zarządził to dyrektor, który jest również lekarzem, i w tym czasie dodatkowo wziął na siebie obowiązek kierownika SOR-u, bo bez kierownika, ten Oddział nie mógłby prawnie istnieć.

Czyli pani awansowała.

Może i tak, chociaż nie byłam z tego powodu zadowolona, ponieważ to również nie jest zgodne z prawem regulującym ten Oddział. Jestem pełnoprawną lekarką, ale będąc na SOR-ze na dyżurze samodzielnym, figuruję jako główna lekarka szpitala. Mogę wydawać tzw. „decyzje administracyjne.” Nikogo nade mną nie ma. Biorę pełną odpowiedzialność za swoje decyzje i życie pacjentów przywiezionych przez karetki (w stanie średnio-ciężkim), a nie powinnam tego robić, przynajmniej na tym etapie. Jestem rezydentką, i to rezydentką z chorób wewnętrznych. To był sam koniec października, więc czwarty miesiąc mojej rezydentury. Na SOR-ze mogą pracować samodzielnie lekarze ze specjalizacją medycyny ratunkowej, albo tzw. lekarze systemu czyli m.in. anestezjolog, internista, chirurg ogólny, pediatra.

Ja nie jestem lekarzem systemu, nie kwalifikuję się jeszcze, mogę być co najwyżej lekarzem towarzyszącym. Nikt tego nie wziął pod uwagę, może ze względu na koszty – ja jestem „tańsza”. Dostałam ustną dyspozycję, że 1 listopada mam być na SOR-ze. Napisałam pismo, że zgodnie z prawem nie mogę samodzielnie dyżurować na oddziale ratunkowym i że jeżeli mam tam pracować, to proszę o nazwisko i stopień lekarza nadzorującego. Złożyłam pismo u dyrektora. To było dla mnie naturalne, szczególnie po doświadczeniach zagranicą. Pojawiła się nieprawidłowość, więc powinno się o niej zawiadomić i złożyć oficjalne pismo. Niestety w tym szpitalu, i na moim Oddziale, obowiązują inne standardy.

Nikt pani nie pochwalił za troskę o przestrzeganie prawa?

Niestety, z przykrością stwierdzam, że nie. Wręcz przeciwnie. Wezwała mnie ordynator i ze łzami w oczach powiedziała, że ją zdradziłam i zrobiłam świństwo. Dodała, że jestem młoda i pewnie nie wiem, że u nich się pism nie składa, tylko się rozmawia. Byłam w szoku. Próbowałam zwrócić uwagę, że chodzi przecież o mój status prawny, ale to nie miało znaczenia… Zapewniła, że cały szpital będzie mi pomagał i sugerowała, że jedynym rozsądnym rozwiązaniem byłoby wycofanie pisma. Poparł ją mój kierownik specjalizacji, który mówił, że przecież już mam jakieś doświadczenia medyczne i że najwyższy czas się tej medycyny nauczyć.

Byłam roztrzęsiona. Chodziło o bezpieczeństwo pacjentów w ciężkich stanach. Byłabym za nich odpowiedzialna, i zdawałam sobie sprawę, że bardziej doświadczeni lekarze ze specjalizacją mogliby mi przyjść z pomocą, ale przecież nie zawsze, albo nie wystarczająco szybko. W Irlandii, gdzie robiłam staż w trakcie dyżurów szpitalnych, miałam nad sobą przynajmniej trzech lekarzy, na pomoc których zawsze mogłam liczyć. Więc w tej gorzowskiej sytuacji nie wiedziałam, co mam zrobić. W końcu zgodnie z poleceniem przełożonych poszłam wycofać pismo, ale okazało się, że jest zaksięgowane. Musiałam napisać drugie – anulujące to pierwsze. Kiedy wróciłam, pani ordynator mnie ucałowała… Pomyślałam sobie, że zostało mi osiem miesięcy – po roku mogę zmienić województwo – i muszę jakoś wytrzymać. Okazało się, że pani ordynator bardzo chętnie oferuje swoich młodych lekarzy, żeby pomóc dyrektorowi w lukach kadrowych oraz oszczędzaniu. Według mnie, nie ma to nic wspólnego z medycyną, tylko z jakimiś wewnętrznymi gierkami.

Jak się pani odnalazła na SOR-ze?

Wbrew woli stałam się tam głównym dyżurantem, mając do ośmiu dyżurów miesięcznie (według programu specjalizacji, powinnam mieć średnio cztery dyżury miesięcznie, w tym dwa na Oddziale Chorób Wewnętrznych oraz dwa na Izbie Przyjęć). Widziałam na SOR-ze rzeczy, które wołają o pomstę do nieba. Są unijne przepisy, które jasno określają, że lekarz może dyżurować dwa razy w tygodniu, chyba, że lekarz się tego zrzeknie (tzn. „opt-out). Ja byłam odsyłana na dyżur również trzeciego dnia – przychodząc do pracy bez przygotowanego jedzenia, a nawet szczoteczki do zębów, no i oczywiście bez opt-out’u. Tego trzeciego dyżuru nic nie jadłam do godz. 21.30. Jedzenie przyniosła mi koleżanka. Sama nie mogłam wyjść, nie mogłam opuścić stanowiska pracy nawet do dyżurki, bo był to bardzo ciężki dyżur. Miałam pacjentów w stanach ciężkich, których dyżuranci z innych oddziałów szpitala nie chcieli przejmować, a kolejne karetki podjeżdżały co chwilę. Czułam się niebezpiecznie na myśl o opuszczeniu stanowiska. Byłam jedynym lekarzem na SOR-ze nieinterwencyjnym.

Pani Ordynator zapewniła, że będzie pani pomagał cały szpital.

Nie wiele miało to wspólnego z rzeczywistością. Kiedy prosiłam o konsultacje lekarzy specjalistów, nie chcieli przyjmować pacjentów na swoje oddziały. Niektórzy nawet mieli pretensję, że ich o cokolwiek proszę. Rzadko doświadczałam prawdziwej współpracy z lekarzami ku dobru pacjenta. W tym szpitalu chodzi o oszczędności, ale dzieje się to kosztem pacjentów. Dochodziło do absurdów.

Co ma pani na myśli?

Miałam przypadek, kiedy karetka przywiozła nieprzytomną kobietę. Osoby z karetki, które widziały w jakich okolicznościach przebywała, miały podejrzenia, że mogła być zgwałcona. Ale to powinien ocenić ginekolog i ewentualnie policja, ja się na tym nie znam. Dzwoniłam do lekarzy specjalistów z tej dziedziny, aby uzyskać informację o procedurze w takiej sytuacji. Ginekolog nie chciał mi udzielić informacji, i jeden i drugi dyżurny nawet nie raczył ze mną rozmawiać przez telefon. Jedynie położna starała mi się pomóc. Ginekolodzy to zlekceważyli. Jak widać, podejrzenia gwałtów są również lekceważone w tym szpitalu. Ale nie zostawię tego i zgłoszę ten przypadek do sądu lekarskiego. Takie rzeczy nie mogą się dziać. Przynajmniej, gdy ja jestem ich świadkiem.

Ma pani inne przykłady?

Pracując na internie, a mając doświadczenie ze szpitali zagranicą, może mam pewną skłonność do robienia badań niezależnie od kosztów. Miałam pacjentkę, której stan, w mojej ocenie, się pogarszał, pomimo iż ona twierdziła, że jest coraz lepiej. Chciałam zlecić dodatkowe badania obrazowe i zmienić lub dodać inny antybiotyk, nie zważając na podwyższone koszty. Nie dostałam zgody. Pacjentka się pogarszała, trafiła na inny Oddział, została zoperowana, ale niestety zmarła. To była młoda kobieta, przynajmniej jeżeli chodzi o średnią wieku pacjentów internistycznych, czterdzieści parę lat. Do dziś, i może do końca życia, będę miała poczucie, że nie zrobiłam wszystkiego, co mogłam, żeby ją uratować, albo żeby przynajmniej dłużej żyła, bo nie miałam na to pozwolenia przełożonych. Wtedy nie wiedziałam, że powinnam działać wbrew ich zaleceniu, nawet jeżeli mieliby do mnie ogromną pretensję i musiałabym się z tego tłumaczyć miesiącami.

W szpitalu chodzą też pogłoski o łapówkach, o przyjmowaniu prywatnych pacjentów w trakcie dyżurów, o przeprowadzaniu drobnych zabiegów z wykorzystaniem szpitalnego sprzętu. Ale osobiście się z tym nie spotkałam, więc trudno powiedzieć, ile jest w tym prawdy. Różne są plotki. Są też tragiczne przypadki. Nie było mnie przy tym, ale rozmawiałam z personelem, który wtedy dyżurował. Chodzi o śmierć dziecka w bodajże 39-tygodniu ciąży. Sprawą zajmuje się podobno prokurator. Na SOR trafiła kobieta w ciąży po wypadku. Była świadoma, nie było podejrzenia krwawienia, była w dobrym stanie poza jakimiś obrażeniami kolan. Z tego co wiem, spędziła na SOR-ze cztery godziny, podczas gdy lekarze (i to lekarze specjaliści!) decydowali o tym, czy można jej zrobić RTG kolan. W efekcie, gdy doszło do cięcia cesarskiego, dziecko już było martwe.

Innym razem lekarz pogotowia, który przywiózł pacjenta na SOR musiał go sam przez długi okres reanimować, bo nie było na SOR-ze żadnego lekarza, albo może był czymś zajęty, np. woził pacjenta na badanie. A z pielęgniarek (i tak zbędnych według cyferek dyrektora), była tylko jedna, sama na drugiej sali.

To dramatyczne historie…

Nie można doprowadzać do takich sytuacji, nie można tak narażać pacjentów, ani tak traktować personelu. Pan dyrektor często powołuje się na swój autorytet byłego wiceministra i twierdzi, że może odsyłać kogo i gdzie chce, celem zapewnienia opieki nad pacjentami. Natomiast zwolnił noszowych i pacjenci ze znaczną dusznością i niską saturacją czekają na przykład na rentgen cztery godziny. Studenci ratownictwa, którzy czasami bywają na SOR-ze, nie mogą ich zwieźć na radiologię, bo nie mają uprawnień. A pielęgniarki na SOR-ze już robią za sekretarki, niańki, policję i w wolnym czasie nawet robią EKG, mierzą ciśnienie, pobierają krew lub dają leki. Często panie salowe pomagały nam wozić pacjentów. Czasami prosiliśmy o pomoc krewnych czekających w poczekalni. Sama, jako lekarka, wiele razy zawoziłam pacjentów, bo chodziło przecież o ich zdrowie. Wiem, że inni lekarzy dyżurujący na SOR-ze robili podobnie. Zgłaszaliśmy to panu dyrektorowi.

Dlaczego nie zmieniła pani oddziału, żeby nie być zależną od akurat tego ordynatora?

W trakcie ostatnich dwóch miesięcy, 3-krotnie pisałam do dyrektora Twardowskiego z prośbą o zmianę oddziału wewnątrz szpitala. Ordynator innego oddziału nawet sam przyszedł do mnie z taką propozycją. Urząd Wojewódzki nie miał nic przeciwko takiej zmianie. Jednak dyrektor mi za każdym razem odmawiał. Równocześnie prosiłam o zmianę kierownika specjalizacji. Podawałam również powody moralne i osobiste – jak wspominałam, za moimi plecami byłam podejrzewana o chorobę psychiczną. Z każdym pismem dodawałam kolejne powody, powoływałam się na wolne miejsca rezydenckie według oficjalnych tabeli Ministerstwa Zdrowia, nawet cytowałam dyrektorowi prawo karne odnośnie mobbingu i zniesławiania mojej osoby. Bezskutecznie. Dyrektor za każdym razem mi odmawiał i sugerował mi jedynie inny oddział, na którym już byłam przez trzy miesiące, bo od dawna brakuje lekarzy. Nie miało znaczenia, że jako rezydentka mam prawo decydować, na którym oddziale chcę pracować.

Swoje pisma za każdym razem wysłała pani też do Ministerstwa Zdrowia i różnych urzędników. Otrzymała pani jakąś odpowiedź?

Nie zdążyłam przesłać jeszcze ostatnich pism, ale na pierwsze wysłane około półtora miesiąca temu nie miałam z MZ żadnej odpowiedzi. Telefonicznie raczej też nie uzyskałam przydatnych informacji. Odezwała się do mnie jedynie radna Sejmiku Wojewódzkiego, która też jest lekarką i jest zaniepokojona tym, co się dzieje w tym szpitalu.

A w szpitalu ktoś panią poparł?

Wielu lekarzy się ode mnie odwróciło, może nawet przyłączyło się do grupy oczerniających. Nie życzą sobie, abym w ich obecności mówiła o tych nieprawidłowościach. Niektórzy lekarze z mojego Oddziału, chodząc na inne oddziały szpitala, otwarcie mówią o mojej rzekomej chorobie psychicznej, wredocie. Mówią to za plecami, bo nikt mi tego prosto w twarz nie powiedział. Z drugiej strony, wielu znakomitych lekarzy, niektórzy nawet pełniący stanowiska ordynatorów, mnie nieoficjalnie wspierają, starają się pomóc, radzą. Tak samo pielęgniarki, ratownicy medyczni, sekretarki, salowe. Natomiast nikt wprost nie stanął w mojej obronie i nikt oficjalnie mnie nie poparł. Nie mam o to żalu. Ryzykowaliby utratę pracy.

Po co pani zaczęła tę wojnę?

Najwyraźniej pochodzę z walecznej warszawskiej rodziny. Wiedziałam, że jak nic nie powiem, nie zrobi tego nikt inny. Ja przyjechałam tu sama z Warszawy, a inni młodzi lekarze mają tu dzieci, rodziny, rodziców. Wiążą swoją przyszłość z tym miejscem i nie mogą ryzykować utraty pracy, reputacji. Ja zdecydowałam się, że powiem, co się tu dzieje niezależnie od konsekwencji, spodziewając się tylko najgorszego od pana dyrektora. Kiedy to zrobiłam, poczułam się dużo lepiej. Miałam w końcu czyste sumienie. Nie zostałam lekarką po to, żeby milczeć, kiedy pacjentom i kolegom dzieje się krzywda. Dlatego wspólnie z personelem szpitala, również zwolnionym, zorganizowałam konferencję prasową, żeby opowiedzieć, jak dyrektor Twardowski oszczędza kosztem zdrowia pacjentów i personelu.