Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 84389
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 178

Wilson

Flag Counter

Miesięczne Archiwa: Czerwiec 2013

Debata Tusk-Gowin

 

Młodzieżówka PO – Młodzi Demokraci – zapowiedziała w TVN24, że dojdzie do debaty Donald Tusk- Jarosław Gowin. Nie są jeszcze znane szczegóły, podobno obydwaj kandydaci na przewodniczącego PO wstępnie wyrazili zgodę. Bartosz Domaszewicz, szef Młodych Demokratów, twierdzi, że będzie to nie tylko wykuwanie kształtu PO, przede wszystkim rozważane będą oferty dla młodych ludzi.

 

Młode pokolenie jest kluczowe dla przyszłości polskiej polityki. Gowin sytuuje się w stosunku do Tuska po drugiej stronie barykady – przede wszystkim światopoglądowej. Wszak Tuska i konserwatystę Gowin poróżniły tak w tej chwili medialnie nośne związki partnerskie i stosunek do in vitro.

 

Gowin na konwencji PO w Chorzowie silnie uderzył w Tuska i obecny rząd w sprawie OFE, uważając, że jest to „dewastacja systemu emerytalnego”, rządowy skok na kasę. Z Gowinem zgadza się wielu ekspertów, w tym prominentny Leszek Balcerowicz.

 

Debata zapowiada się ciekawie, może uzmysłowić wielu Polakom, jakie przed krajem stoją problemy do rozwiązania i jakie są możliwości państwa. Tusk to wytrawny dyskutant, nie raz udowodnił, że potrafi narzucić swój kształt rozmowy i sprowadzić przeciwnika na ubitą ziemię, przekonać i wygrać.

 

Debata może okazać się ważna z jeszcze innego powodu. W polityce krajowej brak poważnych merytorycznych rozmów. Albo jest okładanie się inwektywami i pomówieniami, albo monologi pod tytułem: tylko ja mam rację.

 

PO potrzebuje atrakcyjnych rozwiązań w najważniejszych kwestiach dla Polaków, przekonywać, debatować. I przede wszystkim przedstawić wizję, której realizacji wciągnie społeczeństwo, uczyni z nich rzeczywisty podmiot, a nie gadanie o roszczeniach z gębą otwartą, aby same wpadały do niej gołąbki.

 

Spór, konkurencja – a nie dewastowanie się nawzajem – to jest sens polityki, która rodzi owoce.

Uciąć łeb faszystowskiej hydrze

Donald Tusk bardzo poważnie potraktował zajścia na Uniwersytecie Wrocławskim, do jakich doszło podczas wykładu prof. Zygmunta Baumana, a dopuścili się tych ksenofobicznych i knajackich zachowań narodowcy, a w zasadzie faszyści z NOP.

 

Premier uważa, że potrzebna jest współpraca samorządów i prokuratury, by do tego typu wydarzeń nie dochodziło. Mówił o tym w Elblągu, gdy nazajutrz po wyborach uzupełniających do samorządu zjawił się w tym mieście.

Jest najwyższy czas na poważną refleksję, jeśli chodzi o sędziów w Polsce; nie można udawać, jak niektórzy w Polsce, że jak ktoś niesie symbol swastyki, używa wulgarnych, brutalnych słów wobec polskich uczonych, że to jest lekkie wykroczenie albo że właściwie nie ma o czym mówić

– powiedział Tusk.

Dlatego będziemy starali się wraz z MSW, ale także z innymi instytucjami państwa niezwykle twardo egzekwować prawo szczególnie wobec tak zorganizowanych grup, bo dzisiaj one mogą się wydawać jeszcze mało groźne, chociaż ja uważam, że to jest wstęp do poważnego nieszczęścia

– mocno podkreślił szef rządu.

 

Uniwersytet to miejsce do wyrażania własnych poglądów, do debatowania nad nimi. Tusk uważa, że „jeśli ludzie w Polsce nie będą mogli ze sobą rozmawiać tylko dlatego, że ktoś ma inne poglądy i przyjdzie im krzyczeć, a później bić, to wtedy jest naprawdę poważny problem”.

Dla mnie nie ma żadnego znaczenia, kto ma jakie poglądy. Jeśli będą chcieli narodowcy rozmawiać na uczelni o swoich prawach, o swoich poglądach, to nikt nie ma prawa zakłócać spotkania. Jeśli homoseksualiści będą chcieli (…) rozmawiać o swoich problemach, to można nie zgadzać się z nimi, ale nie można ryczeć, zakłócać takiego spotkania czy ubliżać komukolwiek

- przestrzegał premier.

Tusk podkreślił, że „każdy ma prawo do wygłaszania swoich poglądów, szczególnie na terenie uczelni, bo uczelnia jest po to, by ludzie mogli spokojnie rozmawiać”.

Nikomu tego prawa nie można zabierać czy to jest homoseksualista, lewicowiec, nacjonalista, centrowiec

- mówił premier.

 

Zaś szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz spotka się z prokuratorem generalnym Andrzejem Seremetem, aby „uregulować zdolność wspólnego zwalczania” nacjonalistycznych ekstremizmów. Minister jednak przestrzega: ”nie popadajmy w histerię, że Polska jest na krawędzi faszyzmu”. Jednocześnie przyznał, że „prymitywizm, ksenofobię i rasizm nazywa się patriotyzmem; to nie ma nic wspólnego z Polską”. „To nie są żadni patrioci”.

To rodzaj bandytyzmu, który trzeba zwalczać, bo oni raz krzyczą, a drugi raz biją

- powiedział o NOP zakłócającym wykład Baumana. Zdaniem ministra oni „używają Polski, a tak naprawdę ją kompromitują”.

 

Zapleczem tych środowisk – nie tylko we Wrocławiu – są kibole, których nie należy nazywać kibicami Śląska.

Miasto ma wpływ na politykę klubu i może wymuszać pewne zachowania, np. odbieranie wejściówek

- zalecił Sienkiewicz i doradził prezydentowi Wrocławia „właściwą współpracę” z wojewodą w całej sprawie.

 

Tyle można zrobić od strony administracyjnej. Więcej należy domagać się od polityków i publicystów, którzy – jak Ryszard Legutko i Rafał Ziemkiewicz – legitymizują takie poczynania narodowców.

 

Na endecję należy mieć baczenie, bo nie wiadomo, w którym momencie zagrozi ładowi społecznemu. Nie będzie mogła się odbyć w kraju jakakolwiek ambitna impreza.

 

Łeb faszystowskiej hydrze trzeba uciąć jeszcze w kołysce, bo faszyzm niewątpliwie się rodzi, acz jeszcze mamrocze. A spuszczony ze smyczy może zacząć uderzać.

Joanna i Anna tworzą związek małżeński – w Paryżu

 

 

Na wysokości zadania znalazł się prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, który interweniował w sprawie związku małżeńskiego dwóch kobiet mieszkających w Paryżu, ale pochodzących z Gdańska.

 

Otóż byłe gdańszczanki, a obecnie paryżanki Joanna Duda i Anna Czerwińska chcą wziąć ślub, bo we Francji to możliwe.

 

Dla tamtego urzędu potrzebują jednak zaświadczenia, iż są stanu wolnego. Duda stawiła się w gdańskim USC i do rubryki dotyczącej danych współmałżonka wpisała nazwisko Czerwińskiej. Urzędniczka nie chciała jej wydać dokumentów zasłaniając się zapisami Konstytucji RP oraz kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, które mówią, że małżeństwo to związek pomiędzy kobietą i mężczyzną. „W nich nie ma mowy osobach tej samej płci” – upierała się pracownica USC.

 

Interweniował prezydent Gdańska Adamowicz, który stwierdził: - Naszą rolą jest interpretowanie przepisów na korzyść obywatela.

 

Adamowicz ma spotkać się z szefem USA i go pouczyć, zwłaszcza, iż jest precedens. Pięć lat temu Wojewódzki Sąd Administracyjny zajął stanowisko w podobnej sprawie. Sąd w wyroku z 6 sierpnia 2008 roku stwierdził, że „w postępowaniu poprzedzającym wydanie takiego zaświadczenia nie podlega badaniu, czy, z kim i gdzie wnioskodawca zamierza zawrzeć związek małżeński”.

 

Joanna i Anna będą tworzyć związek małżeński i nikomu nic do tego. Para nie zamierza wracać do Polski, która w dalszym ciągu pozostaje skamieliną cywilizacyjną.

Pijany ksiądz – zabił i zginął

 

Pisałem o tym wcześniej (kliknij tutaj), o księdzu z Chojnic, który na obwodnicy tego miasta wyprzedzał cysternę i zderzył się czołowo z innym samochodem. Obydwaj kierowcy zginęli na miejscu. Ksiądz i 22-latek.

 

Ks. Wiesław Madziąg wcześniej miał problemy z alkoholem, to nie jego pierwszy wypadek. Powstało podejrzenie, że tym razem także zasuwał na alkoholu.

 

Dzisiaj jest potwierdzenie prokuratury. Ksiądz był pijany w momencie wypadku – miał we krwi ponad 2 promile alkoholu. Czort, zabił siebie, ale także młodzieńca, który miał całe życie przed sobą.

 

Odbył się pogrzeb księdza, który celebrował i mowę pożegnalną wygłosił biskup Wiesław Śmigiel. Inni duchowni wspominali o jego „słabościach”. – Był wrażliwym człowiekiem, może zbyt wrażliwym jak na te czasy i wobec trudności związanych z budową świątyni, nie zawsze umiał zapanować nad słabościami – mówił bp Śmigiel. Jednocześnie jednak biskup starał się skupić na tym, co w życiu ks. Madziąga było „dobre i szlachetne”. Przekonywał, że „nikt nie jest bez winy”, a o zmarłych mówi się dobrze lub wcale.

 

Madziąg za ten wyczyn smaży się w piekle i to pod nadzorem Belzebuba, bo na tym Padole Łez nie odpowie za spowodowanie śmierci.

Lech Kaczyński w Gruzji – na marginesie biografii, zapisek z 26 listopada 2008 roku

 

Ten wpis trafiłem na porzuconym blogu, znaleźć go można pod linkiem 
http://martinim.blog.onet.pl/2008/11/26/znowu-gruzja-i-pan-prezydent/
. Tytuł wpisu „Znowu Gruzja i Pan Prezydent”.

 

Najważniejsze to, że notka blogowa nosi datę: 26 listopada 2008 roku, a więc do katastrofy smoleńskiej zostało jeszcze 1,5 roku. Lech Kaczyński żyje i prowokuje katastrofę. Zdarzyła się 10.04.2010 roku. Jej nieszczęście zdołowało polską politykę, wykreowało takie pokraczne postaci, jak Antoni Macierewicz i prezes Jarosław Kaczyński – ten ostatni, gdyby nie Smoleńsk, nie byłby już obecny w polityce.

 

Kopiuję ten wpis, bo warto i akurat wychodzi biografia prezydenta-ofermy – co ja piszę biografia, hagiografia - „Lech Kaczyński – biografia polityczna”, jej autorami są Sławomir Cenckiewicz (ur. 1971 r.) — historyk i publicysta, Adam Chmielecki (ur. 1981 r.) — politolog, dziennikarz i publicysta, Janusz Kowalski (ur. 1978 r.) — prawnik, publicysta oraz Anna Karolina Piekarska (ur. 1977 r.) — historyk, pracownik Instytutu Pamięci Narodowej (tutaj więcej o tej pozycji).

 

Oto ten wpis:

 

Wielce wielebny Pan Prezydent znowu był w Gruzji… Czegóż oczekiwać od narwańca, który ukradł Księżyc? Przygoda wzywa! Tylko… czy od głowy państwa nie należy oczekiwać wyważonego działania? Nienarażania racji stanu?

 

Wielce wielebny Pan Prezydent chyba nie całkiem załapał i pchał się ostatnio tam, gdzie go naprawdę nie potrzeba, mianowicie na granicę zwaśnionych terytoriów objętych wojną. Już nie mówię o tym, że głowa państwa w ogniu walki nic nie zgubiła.Wielce wielebny Pan Prezydent widocznie nie czytał „kronik o Grunwaldzie”… Albo je zapomniał.

 

Po pierwsze: jeśli się uważa głową państwa – nie ryzykuje się głową. Chyba, że w chwilach krytycznych dla narodu (bądź narodów to państwo zaludniające). Ale takie rzeczy robiło się w zbroi i na wierzchowcu , dziś się takich nie robi.

 

Po drugie: jeśli coś takiego państwa „głowa” robi – ma armię za sobą na „być albo nie być”, jak Aleksander, a nie jak BOR.

 

Zdając się na takie przygody z Saakaszwilim powinien lepiej pomyśleć o karierze filmowej i ponownej grabieży Księżyca. A nie narażać głowę państwa polskiego i ostatniego na uszczerbek.

 

Na granicy w Osetii na pewno strzelano. W górę.. Gdyby Lecha chciano ustrzelić – ustrzelono by. Saakaszwili doskonale wiedział, co będzie. I tu się wzbraniam używania prezydenta RP jako marionetki!

 

W dniu otwarcia Igrzysk Olimpijskich Gruzja masowym ostrzałem  Osetii Południowej rozpoczęła kolejną „misję wolnościową” z ramienia „wolnego świata”. To nie ulega wątpliwości i samo w sobie jest chucpą, która równych szuka.

 

Że Rosjanie stacjonowali masowo w okolicy – nie było oczywiście przypadkiem. Ale to pan Saakaszwili i jego doradcy doskonale wiedzieli. Potem nastąpiło to, czego się można było spodziewać po Rosjanach.

 

Potem nastąpiła kaukaska komedia na arenach dyplomatycznych i politycznych (biorąc sprawę pod uwagę strategicznie). Głównym aktorem był sam pan Saakaszwili, a jego marionetką nasz wielce wielebny Pan Prezydent, który dwa razy udał się do Gruzji (widocznie chcąc podkreślić, że Gruzja jest nasza, bo Saakaszwili był jednym z czterech pancernych).

 

Pierwszym razem pilot o zdrowych zmysłach odmówił rozkazu lecieć samolotem pasażerskim w region objęty wojną i wielce wielebny Pan Prezydent chcąc nie chcąc musiał lądować w Azerbejdżanie. Takie prawo kapitana na pokładzie.

Biografia Lecha Kaczyńskiego

 

 

No to od poniedziałku się zacznie pisowskie fajdanie. 17.06. premiera biografii Lecha Kaczyńskiego. Na premierze w klubie przy Brackiej będą w roli gości specjalnych Jarosław Kaczyński i Marta Kaczyńska. Można sobie wyobrazić, jakie zniosą jaja. Nie znam książki, więc guzik mogę powiedzieć.

 

Na prawicowych portalach już rozpoczęła się celebra w związku z „prezydentem tysiąclecia”. Z portalu wPolityce.pl publikuję wywiad z jednym z autorów biografii Adamem Chmieleckim, w którym jest wszystko, z czym w następnych dniach się spotkamy.

 

Same ochy i achy.

 

wPolityce.pl: W czasie pracy nad książką dotarli Panowie do wielu nieznanych wcześniej materiałów?

Adam Chmielecki: Myślę, że napisana przez nas książka zaskoczy publiczność. Zaskoczyła zresztą nas samych, jej autorów. Tym, co uderzyło mnie osobiście, był fakt, iż biografia Lecha Kaczyńskiego okazała się de facto biografią polityczną Polski po roku 1989. Postać śp. Prezydenta przewija się we wszystkich najważniejszych wydarzeniach i punktach zwrotnych historii politycznej III RP. Drugim punktem, który być może będzie stanowił zaskoczenie dla odbiorców, jest zderzenie kreowanego przez media wizerunku Lecha Kaczyńskiego z rzeczywistością. Ta rozbieżność jest efektem funkcjonowania przemysłu pogardy, którego autorzy niszczyli wizerunek śp. Prezydenta. Najłagodniejszą formą deprecjonowania Lecha Kaczyńskiego były usilne próby przeciwstawiania go jego bratu i sugerowanie, iż prezydent był w gruncie rzeczy całkowicie podporządkowany swojemu bratu, a jego samodzielna aktywność polityczna była jedynie wynikiem realizowania wytycznych Jarosława Kaczyńskiego.

Państwa książka udowadnia, że były to fałszywe tezy?

- Droga polityczna Lecha i Jarosława Kaczyńskich – z racji zarówno ich pokrewieństwa, jak i wyznawanej wspólnoty wartości, była w dużej mierze podobna, ale w wielu jednak punktach się różniła. Dowody zostały zaprezentowane w naszej książce. Istniały obszary, w których Lech i Jarosław Kaczyńscy działali od siebie niezależnie.

Dotarli Panowie do archiwum rodzinnego śp. Prezydenta. W książce znajdziemy materiały prezentujące pierwsze lata życia Lecha Kaczyńskiego?

- Tak, dużym atutem naszej książki jest jej szeroka baza źródłowa. Dzięki temu, że autorów było czterech, mogliśmy rozdzielić pracę miedzy siebie i zebrać naprawdę bogaty materiał. Przeprowadziliśmy kwerendę w archiwach Uniwersytetu Gdańskiego, Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, dotarliśmy także do archiwum Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”.Przypomnijmy, że rola śp. Pana Prezydenta w „Solidarności” bardzo często bywała podważana. Nasza książka udowadnia, że tego rodzaju zarzuty są zupełnie bezpodstawne i noszą znamiona stosowania zwyczajnej propagandy, niemającej nic wspólnego z prezentacją ustaleń opartych na materiałach źródłowych. Dużą część zgromadzonego przez nas materiału stanowią źródła prywatne – tu należą się ogromne podziękowania panu premierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu i pani Marcie Kaczyńskiej. Otrzymaliśmy od nich bardzo dużą pomoc. Wielką wdzięczność jesteśmy także winni – niestety już pośmiertnie – śp. pani Marii Kaczyńskiej. Była ona bardzo świadomą osobą i na bieżąco archiwizowała działalność polityczną i społeczną męża. Zbierała wycinki prasowe, nagrywała na wideo występy pana Prezydenta w telewizji. Dzięki uprzejmości pana Jarosława Kaczyńskiego mogliśmy z tych materiałów skorzystać, co oczywiście bardzo ułatwiło nam pracę.

Jaki obraz śp. Prezydenta wyłania się z Państwa książki?

Mówiąc najkrócej: Lech Kaczyński był pragmatykiem wiernym wartościom.Tylko pozornie jest to sprzeczność. W polityce można na ogół zaobserwować dwie skrajne postawy – pierwszą grupę stanowią osoby skrajnie nasycone ideologią –tacy ludzie mogą jedynie służyć jako wyznacznik wartości, emanacja pewnej postawy, nigdy jednak nie mają szansy na realne sprawowanie władzy. Na drugim biegunie znajdują się cynicy oraz ci, którzy nawet jeśli mają jakiekolwiek poglądy, dopasowują je do zmieniających się okoliczności – po to, aby za wszelką cenę utrzymać się przy władzy. Lech Kaczyński natomiast miał swoje zasady, nigdy się ich nie wyrzekł i ich nie zdradził, natomiast pewien pragmatyzm i umiejętność realizowania strategii politycznej umożliwiał mu działanie i wcielanie w życie swoich ideałów. Ta umiejętność stanowi wyznacznik jego wielkości. Jest to cecha charakteryzująca wybitnych polityków.

Najkrótsze podsumowanie kanonu wyznawanych przez Prezydenta wartości?

- Był to kanon wartości „Solidarności”.

Jakim człowiekiem był Prezydent w życiu prywatnym?

- Także w życiu prywatnym był człowiekiem „Solidarności”. Lech Kaczyński był człowiekiem bardzo spójnym wewnętrznie. Ideałom, które wyznawał w życiu publicznym, był wierny także w życiu osobistym. Najlepszym tego przykład stanowi stosunek śp. Prezydenta do Małżonki – było to bardzo kochające, ciepło odnoszące się do siebie, dobrze rozumiejące się małżeństwo. Z dokumentów i relacji, do których dotarliśmy wynika, że Lech Kaczyński był także bardzo dobrym i wyrozumiałym pracodawcą. Mówią o tym zarówno relacje jego podwładnych z okresu sprawowania przez Lecha Kaczyńskiego funkcji wiceprzewodniczącego Komisji Krajowej „Solidarności”, a także z czasu, kiedy był on prezesem NIK. Śp. Prezydent był szefem bardzo wymagającym, ale także wyrozumiałym, dbającym – jako człowiek „Solidarności” – o godność człowieka i o dobrą atmosferę w pracy. Świadczą o tym bardzo liczne zebrane przez nas relacje podwładnych pana Prezydenta. Zamieściliśmy je w naszej książce.

Rozmawiali Panowie także w politycznymi przeciwnikami Lecha Kaczyńskiego?

- Tak, prosiliśmy o wypowiedzi także osoby, które obecnie nie należą do obozu politycznego identyfikującego się z dziedzictwem śp. Prezydenta. Nie napisaliśmy hagiografii, ale prawdziwą biografię. Obraz Prezydenta jest jednak spójny, niezależnie od tego, w którym obozie politycznym znajdowali się nasi rozmówcy. Także ci, którzy nie mają obecnie żadnego interesu politycznego w kształtowaniu pozytywnego wizerunku śp. Prezydenta, podkreślali jego skuteczność, uczciwość i prawość. To najlepiej świadczy o jego wielkości. Lech Kaczyński był wybitnym politykiem i po prostu dobrym człowiekiem.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Agnieszka Żurek

 

Fragmenty biografii publikuje także portal wPolityce.pl:

 

„Lech Kaczyński – biografia polityczna”, jej autorami są Sławomir Cenckiewicz (ur. 1971 r.) — historyk i publicysta, Adam Chmielecki (ur. 1981 r.) — politolog, dziennikarz i publicysta, Janusz Kowalski (ur. 1978 r.) — prawnik, publicysta oraz Anna Karolina Piekarska (ur. 1977 r.) — historyk, pracownik Instytutu Pamięci Narodowej.

 

Lecha Kaczyńskiego droga do NATO

 

Bronisław Komorowski, Janusz Onyszkiewicz, Krzysztof Skubiszewski, Mieczysław Wachowski, Lech Wałęsa – większość najważniejszych polityków z początku lat 90. strategiczne analizy Lecha Kaczyńskiego o integracji Polski z NATO uznawały za „antyrosyjskie prowokacje” i „bajania”.

Jako minister stanu Lech Kaczyński poznawał kulisy polityki międzynarodowej, odbył pierwsze spotkania polityczne na poziomie państwowym, spotykał się z dyplomatami i wojskowymi innych państw. Była to dla niego okazja do wewnątrzkrajowego lobbowania za pronatowską opcją:

Starałem się propagować ideę przystąpienia Polski do NATO. Jeździłem po dowództwach okręgów i próbowałem przekonywać do tego oficerów. Gdzieniegdzie spotykało się to z bardzo silnym oporem, bo były konkurujące koncepcje, np. koncepcja zbrojnej neutralności. Nie miałem, niestety, sojusznika w ówczesnym ministrze spraw zagranicznych. Rozmawiałem też o wejściu do NATO z Amerykanami, w szczególności z cywilnego wywiadu.

Podobnie wskazywał w innym miejscu:

Potrzebna była nowa doktryna obronna, stara zakładała udział w Układzie Warszawskim, i jasne powiedzenie, że zmierzamy do NATO. Potrzebne były zmiany organizacyjne, kadrowe i mentalne.

Wspomniany przez Kaczyńskiego minister spraw zagranicznych to Krzysztof Skubiszewski, w przeszłości związany współpracą z SB. Nie potrafi ł on przedstawić jasnej deklaracji Polski o zainteresowaniu członkostwem w NATO „ze względu na równowagę w regionie, w którym jesteśmy”. W myśl tej szkodliwej idei opowiadał się za oparciem bezpieczeństwa państwa na systemie Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, a w grudniu 1990 r. oświadczył, że „żadne członkostwo Polski w NATO nie wchodzi w rachubę”.

W podobnym tonie Skubiszewski wypowiadał się kilka tygodni później podczas przemówienia wygłoszonego w prestiżowym Królewskim Instytucie Spraw Międzynarodowych w Londynie. Z racji miejsca i audytorium to wystąpienie ówczesnego ministra spraw zagranicznych III RP można uznać niemalże za „programowe”. Skubiszewski oświadczył w Londynie m.in., że „nie należy czynić niczego, co mogłoby wywołać poczucie zagrożenia lub podejrzenia ze strony Związku Radzieckiego. Jest to delikatna sprawa”. Dodał, że „KBWE, NATO i nowe porozumienia o współpracy w Europie Środkowowschodniej, łącznie z ZSRR, winny razem dążyć do denacjonalizacji bezpieczeństwa i czynić zeń wspólną sprawę”.

Z relacji Lecha Kaczyńskiego o jego staraniach na rzecz upowszechnienia proatlantyckiego stanowiska na polskiej scenie politycznej wyłania się obraz polityka będącego niewątpliwie w zdecydowanej mniejszości:

Ale wtedy to było wołanie na puszczy. Pamiętam z tego czasu dwie charakterystyczne rozmowy. [...] Pierwszą z Bronisławem Komorowskim, który opowiadał mi bajki o biedzie dowódców okręgów, którzy mają powycierane ze starości kołnierzyki mundurów [...]. Szybko zorientowałem się, że to bzdura. A Janusz Onyszkiewicz z charakterystyczną pewnością siebie wyśmiewał mnie za bajania o NATO. Twierdził, że to w ogóle niemożliwe [...]. [Proponował] równy dystans wobec Wschodu i Zachodu. Patrzyłem na niego przerażony. [...] Dwa miesiące później po spotkaniu z Onyszkiewiczem rozmawiałem na ten sam temat z Geremkiem i profesor w sposób dużo bardziej dyplomatyczny też jednak uważał mój i Jarka postulat za nierealny. W kręgach wojskowych było podobnie: Kiedy mówiłem o tym na spotkaniach z kadrą dowódczą, odpowiedzią było milczenie. Dla tych ludzi był to olbrzymi szok. To jeszcze kilka miesięcy wcześniej była armia Układu Warszawskiego. To był ogrom pracy.

Proatlantycka postawa ministra stanu ds. bezpieczeństwa narodowego stała się szybko jedną z najważniejszych przyczyn konfliktu z prezydentem. Lech Wałęsa nie był przekonany do potrzeby integracji Polski ze strukturami politycznymi i wojskowymi Zachodu. Wspominał w tym czasie o możliwości zachowania trwałej neutralności lub snuł publicznie wizje niejasnych rozwiązań strategicznych w rodzaju NATO-bis i EWG-bis. Wynikało to z kilku przyczyn, a fakt, iż idea obecności Polski w NATO nie była zbyt popularna wśród okrągłostołowych elit politycznych, wydaje się jedną z kluczowych. Ale w przypadku Wałęsy chodziło zapewne również o strach przed ujawnieniem kompromitującej przeszłości (sprawy TW ps. „Bolek”) oraz związek, a nawet pewien rodzaj lojalności z ludźmi dawnego reżimu, dla których sojusz ze Stanami Zjednoczonymi był ze względów biograficznych i ideowych zwyczajnie nie do zaakceptowania. Łącznikiem pomiędzy prezydentem a tymi środowiskami był Wachowski, którego rola i powiązania do dzisiaj nie zostały do końca wyjaśnione ani tym bardziej opisane.

Konflikt z prezydentem Wałęsą i jego najbliższym zapleczem (Andrzej Drzycimski, Mieczysław Wachowski, ks. Franciszek Cybula) narastał od maja 1991 r. Ponadto Lech i Jarosław Kaczyńscy podejrzewali, że to Wachowski był jednym z inspiratorów niezdecydowanej postawy prezydenta Wałęsy w sprawie polskich aspiracji do NATO. Przykładowo to właśnie Wachowski miał odpowiadać za usunięcie w sierpniu 1991 r. z prezydenckiego wystąpienia fragmentu o członkostwie Polski w NATO i potrzebie przyspieszenia procesu wycofywania wojsk sowieckich znad Wisły podczas wizyty Wałęsy w brukselskiej siedzibie Sojuszu Północnoatlantyckiego:

Na początku były dwa warianty przemówienia — A i B. Jeden powstawał w MSZ, drugi wzbogacony był we fragmenty wprowadzone przez Kancelarię Prezydenta. Odbyłem z min. Skubiszewskim dwa spotkania, w toku których ustaliliśmy ostateczną kompromisową wersję, którą otrzymał Wałęsa i którą MSZ przekazało za NATO — wspominał Lech Kaczyński. — Już w Brukseli dowiedziałem się, że w polskiej delegacji panuje zamieszanie, bo jest wersja A i B. Tłumaczyłem, że jest tylko jedna, uzgodniona z MSZ [...]. W rezydencji oficjalnych gości rządu belgijskiego Wachowski przeczytał wersję A i powiedział: „Nie będzie takiej antyrosyjskiej prowokacji”. [...] Wałęsa wygłosił przemówienie — okazało się, że skrócone.

Konflikt z Wałęsą i jego otoczeniem, któremu wyraźnie przewodził Wachowski, sprawił, że Lech Kaczyński (i całe BBN) był coraz częściej marginalizowany: Praca w Kancelarii Prezydenta okazała się dla Lecha Kaczyńskiego czasem ostatecznej „utraty politycznych złudzeń” co do Wałęsy.

Zginął proboszcz z Chojnic i kierowca innego samochodu z winy tegoż księdza

W czwartek (13.06) rano na obwodnicy Chojnic zginął proboszcz jednej z parafii chojnickiej i 23-letni kierowca innego samochodu. Auta zderzyły się czołowe i wszystko wskazuje, że wina jest po stronie klechy.

 

Inny fakt jest przerażający: mimo, że ksiądz miał wcześniej problemy z alkoholem i zbyt szybką jazdą, przez lata pozostawał proboszczem.

 

W pobliżu wiaduktu prowadzącego do Angowic kierowca skody próbował wyprzedzić cysternę. Nie zdążył jednak wrócić na swój pas i zderzył się z niewielkim dostawczym peugeotem. Początkowo policja nie chciała potwierdzić tożsamości ofiar, ale lokalnym dziennikarzom szybko udało się ustalić, że skodą kierował chojnicki proboszcz, ks. Wiesław Madziąg.

 

Jeden z czytelników portalu naTemat.pl napisał do redakcji:  ”Na miejsce przyjechał dziekan (przełożony proboszcza) ze starostą, media lokalne milczą nawet na temat prędkości, z którą mogły poruszać się samochody, a oba zostały zupełnie skasowane. Wcześniej księdzu zabrali prawo jazdy za jazdę po pijanemu, dwukrotnie przemierzył rondo w poprzek. I cały czas był proboszczem. Wielu moich znajomych martwi się, że ktoś ukręci sprawie łeb” – poinformował i poprosił o anonimowość.

 

Michał Rytlewski, redaktor naczelny „Czasu Chojnic” jako jeden z pierwszych był na miejscu zdarzenia, powiedział: – Siła zderzenia była ogromna. Dostawczy peugeot, którym jechał 23-latek wyleciał ponad barierki, obróciło go i zatrzymał się dopiero na poboczu. To był makabryczny widok. Proboszcza próbowano reanimować. Ratownicy uznali, że w przypadku drugiego kierowcy reanimacja nie może przynieść skutku.

 

Podobne incydenty już się księdzu zdarzały. W 2006 roku został skazany przez sąd za spowodowanie kolizji, gdy prowadził po pijanemu. Musiał zapłacić 3,2 tys. zł grzywny i rozstać się z prawem jazdy na cztery lata. W grudniu ub. roku doszło do kuriozalnego wydarzenia, ks. Madziąg jechał tym razem jako pasażer. Miał zapłacić za tankowanie na stacji benzynowej w Sierpcu, ale wraz z kierowcą odjechał bez regulowania rachunku. Kiedy auto zatrzymali policjanci, proboszcz zaczął się awanturować. „Groził, że wszystkich powyrzuca z pracy. Był agresywny i arogancki” – relacjonowała serwisowi Wyborcza.pl rzeczniczka lokalnej policji. Okazało się, że ma 1,8 promila alkoholu we krwi. Został na noc w celi, a prokuratura postawiła mu zarzut znieważenia funkcjonariuszy i próby nakłonienia ich do odstąpienia od czynności prawnych.

 

Czy i tym razem proboszcz z Chojnic był naprany, wykaże sekcja zwłok, która ma być przeprowadzona w poniedziałek. Wina klechy jest ewidentna. Zabił młodego człowieka.

Raczkujący faszyzm

Czy Artur Zawisza to mały hitlerek, a Rafał Ziemkiewicz goebbelsik? Hasła, które pojawiały się na Kongresie Ruchu Narodowego to są takie same hasła, które miały wszystkie ruchy faszystowskie z hitleryzmem na czele. Tak np. uważa wybitny socjolog prof. Ireneusz Krzemiński.

 

Krzemiński przyznał w programie Moniki Olejnik, że ”był zszokowany, gdy dowiedział się, że w Polsce istnieje Obóz Narodowo-Radykalny”: - Byłem przekonany, że doświadczenie Polski z II wojny światowej i czasów powojennych immunizuje Polaków na jakiekolwiek nacjonalistyczne ideologie, które łamią zdobycz współczesnego świata - prawa obywatelskie i prawa człowieka, że ONR „walczy z demokratycznym państwem”.

 

Ten raczkujący faszyzm nie przyjmuje do wiadomości, że dla Polski korzystna jest „wspólnota i współpraca z innymi narodami” - natomiast zawsze szkodzi nam „kierowanie się złą dumą i złą tradycją narodową”. W Kongresie Ruchu Narodowego wzięli udział przedstawiciele wielu organizacji prawicowych, m.in. Obozu Narodowo-Radykalnego, Unii Polityki Realnej, Młodzieży Wszechpolskiej i Stowarzyszenia Marsz Niepodległości. Uczestnicy Kongresu podpisali deklarację ideową. Jest w niej mowa m.in. o obronie rodziny (małżeństwa kobiety z mężczyzną), tożsamości narodowej i wartości chrześcijaństwa. Sygnatariusze chcą, by naród polski był znów wspólnotą „dumną” i ”silną”.

 

Na razie są to bachory faszyzmu, berbecie, ale szkód już dzisiaj mogą narobić. Przede wszystkim sfajdać się na brunatno i zasmrodzić atmosferę w kraju, jakbyśmy nie dość mieli marszów z pochodniami Kaczyńskiego.

Kukizologia: co łyka Kukiz?

 

Nie wiem, co łyka Paweł Kukiz?

 

Może łyknął już swój rozum, który stanął mu w gardle. Może…

 

Średnio mnie to obchodzi. Stworzył zmielonych.pl. Faktycznie – to, co mówił, było kompletne zmielone. Bez ładu i składu. Wymiociny. Teraz wymiotował na Piotra Dudę, szefa „Solidarności”. Rozstają się te nieroby intelektualne, lewusy. Bardziej interesujące jest, iż ktoś taki nikt sepleni w przestrzeni publicznej. Co mu ślina, a nie rozum (którego mu brakuje), przyniesie na język – strzyka. A to strzyknie w oko Donalda Tuska, a to strzyknie innemu Polakowi. Strzykanie Polakom – to ulubione zajęcie Kukiza. Co robi Kukiz pod siebie? – mogę się domyślać.

 

W każdym razie jego spostrzeżenie mają odpowiedni zapach. i konsystencję jego „intelektu”. Tylko Kukiz wie, czy to na rzadko, czy są to kloce bezrozumne.

 

Idiotów w kraju zatrzęsienie, kto jednak ich wpuszcza do studiów telewizyjnych, na łamy mediów. Tych niedomytych Polaków. Myj się człowieku! Ablucja wiedzą – mówi ci to coś? (w tym momencie zatykam nos – jedzie od gościa, jak od sowieta)

 

Mój kolega nazywa podobnych ludzi – bezmózgowcami. Nie nazwę Kukiza bezmózgowcem, to ktoś bez kręgosłupa, szyi, a więc bez tego co na tej szyi się nosi. Tak też wygląda.

Konstytucja, czy prawo boskie obowiązuje w Polsce?

 

Kościół kroi nam państwo wyznaniowe. Dlatego należy wszelkie jego przejawy zwalczać w zarodku. Jestem za postawą Leszka Millera postponującego kard. Stanisława Dziwisza. Metropolita krakowski w Boże Ciało uznał wyższość prawa boskiego nad ludzkim. Miller stwierdził, że wizja kraju hierarchy to „Iran Chomeiniego” i zaapelował do prezydent Komorowskiego, by jako strażnik konstytucji zareagował.

 

Zapamiętać należy kilka cytatów, które w przestrzeni publicznej padły, bo mogą być one znamienne i po cichu grozić, iz obudzimy się w katolickim nocniku.

 

Dziwisz: Tym niemniej trzeba otwarcie stwierdzić, że wierność prawdzie obowiązuje wszystkich, również prawodawców. Prawdy nie ustala się przez głosowanie, dlatego nawet parlament nie jest powołany do tworzenia odrębnego porządku moralnego niż ten, który jest wpisany głęboko w serce człowieka, w jego sumienie.

 

Miller: Kard. Dziwisz dał tym samym wyraz dążenia do państwa wyznaniowego, w którym prawo wynika z doktryny religijnej, a ewangelia jest ważniejsza niż konstytucja. Takie właśnie normy występują w państwach islamskich. W konstytucji Egiptu napisano, że „islam jest religią państwową, a wartości islamskiego szariatu są głównym źródłem legislacji”. W ustawie zasadniczej Iranu przewidziano „wyłączną suwerenność Boga i uprawnienie do stanowienia prawa i konieczność poddania się jego przykazaniom”, a w konstytucji Afganistanu stwierdzono, że „żadne z praw nie mogą zawierać klauzul sprzecznych z wartościami islamskimi”.

 

Millerowi odpowiedziała rzeczniczka prezydenta Bronisława Komorowskiego, Joanna Trzaska-Wieczorek. W pełnym rozgoryczenia tekście na stronie internetowej Sojuszu, Miller opisuje kulisy konfliktu. Nie podoba mu się, że jego inicjatywa została nazwana „przejawem bezsilności lub cynizmu”.

 

Miller: Nożyce odezwały się szybko w postaci rzeczniczki kancelarii prezydenta. Okazało się, że moja inicjatywa jest przejawem bezsilności lub cynizmu. Bezsilności, bo widocznie oczekuję, że to prezydent w moim imieniu będzie prowadził polemikę z hierarchami Kościoła, co jest wykluczone. Cynizmu, bo gdy rządziła lewica i uchwalała nową konstytucję nie miałem podobnych wątpliwości.

 

Amen.